×

Co zatrzyma falę Nones and Dones?

Co zatrzyma falę Nones and Dones?

Uważam, że wszyscy Nones i Dones powinni poszukiwać wspólnoty. Bez niej, jak bez powietrza. Z całą pewnością tradycyjny kościół ze sceną, ławkami w rzędach to nie jest to dobre miejsce dla duchowego rozwoju człowieka. Ludzie poszukują alternatywy. Może wprowadzić, upowszechnić grupy domowe, kościół komórkowy, ideę pięciorakiej służby, kościół G12, uliczny, a może kościół domowy. Czy to zatrzyma falę Nones and Dones?

W tym wszystkim, w tej religijnej „wędrówce ludów” nie ma jakiegoś kleju. Taki znak czasów? Rozpadają się wspólnoty, przyjaźnie, małżeństwa, partie polityczne… To przypomina „wieżę Babel”, coć , ktoś jakby mieszał języki i ludzie nie potrafią się dogadać. We wspólnotach chrześcijan, nie wiem czego najbardziej brakuje; miłości braterskiej, Ducha Świętego, obecności Chrystusa? Przyczyn odejść jest wiele, ale są przyczyny jak najbardziej zrozumiałe, ale są i niezrozumiałe, często wynikające z egoizmu, nieodporności psychicznej, buntu. Ale też jest tak, że „Dones” opuszczają kościoły, aby uratować swoją wiarę. Dzisiejszy kościół potrzebuje wewnętrznego przebudzenia i powrotu do źródeł… Jak widać potrzebna jest „służba” pomocy ludziom, którzy są „dones” lub „nones”.

W dyskusji na ten temat pewna kobieta pisze; „Sama przeżyłam kilka emigracji, że tak się wyrażę. I też poznałam wielu ludzi z kategorii „Nones and Dones”. Troszkę napiszę z innej strony o tym problemie. Nie neguję okropności doświadczeń i przeżyć – są mi też znane z autopsji. Jednak …. no właśnie. Problem jest naprawdę złożony. Po latach widzę, że trzeba bardzo uważać. Często to właśnie te osoby po przyjściu do społeczności powodowały największe zamieszanie. Wielu z nich miało na wejściu zastrzeżenia, zero chęci na zaakceptowanie zasad panujących w danej społeczności, zero gotowości uczenia się od innych. Za to gigantyczna miłość siebie (obolała, oczywiście) i jakieś takie kontestacyjne zachowania i postawy. Mój realizm jest może brutalny, ale naprawdę nikły odsetek z tych osób jest skłonny do tworzenia organizmu wraz z innymi.

Dlatego jeśli ktoś chce mieć taką służbę (służbę pomocy dla osób „dones”), to musi naprawdę się uzbroić w pewien dystans – oprócz współczucia i gotowości niesienia pomocy. Niektórzy ludzie przychodzą poranieni i umieją tylko gryźć. Interpretują wszystko z podejrzliwością i negatywnie. Obserwują każdy gest – oczywiście pod swoim kątem. Wyczytują pogardę lub oskarżenia tam, gdzie ich nie ma. Nie da im się zwrócić żadnej uwagi, choć nikt nie robi tego w formie napaści czy złośliwości. Inni mają niesamowite oczekiwania i roszczenia. Jak coś pójdzie nie według tego, to katastrofa. Smutne to ale czasem straszne i szpetne. Bo jednak upadła natura wydaje swoje owoce i nie są to bynajmniej owoce Ducha. Ale bywają też między nimi prawdziwe klejnoty – osoby chcące też współpracować i dawać, a nie tylko oczekiwać – mimo odniesionych ran.

Moim zdaniem do takiej służby trzeba specjalnego powołania i wyposażenia od Boga. Ale trudno też oczekiwać, że cała społeczność będzie je miała. Na pewno nie ostanie się żadna społeczność sklecona „organizacyjnie” (chodźmy i zróbmy) z większości takich roszczeniowych osób. Byłam raz w takiej grupie i była to spektakularna katastrofa!

Myślę, że wielu „Nones and Dones” powinno najpierw przejść przez kwarantannę, bo nie nadają się do zboru. Taki okres leczenia i jakiś program duszpasterski. Raczej należałoby pomyśleć o czymś, jak szpital dla tych chorych razem z sanatorium (forma: konferencja? obóz? inne?). Bo oni potrzebują głębokiego uzdrowienia od Pana – uzdrowienia duszy ale też podstawowego zrozumienia konieczności zapierania się siebie i miłowania braci. Nie wystarczy tylko „widzieć prawdę”; trzeba jeszcze dać się jej praktycznie przemienić w sercu.

Trzeba umieć tych ludzie kierować do DAWCY ŻYCIA bo człowiek nie jest w stanie unieść jednej takiej osoby, a co dopiero kilku/ kilkunastu/ kilkudziesięciu. To naprawdę jest bardzo trudne.”

Inna wierząca kobieta pisze: „Gdzie jest…prawda? Czy komuś w ogóle jeszcze na prawdzie zależy? Patrzę na te wszystkie zbory, kościoły, denominacje. Wszystkie mają takie piękne credo. A kiedy człowiek wchodzi do środka, to co się okazuje? Że mają jedynie….piękne kazania! Ludzie żyją podwójnym życiem, grzeszą sobie i wszyscy dookoła to wiedzą, ale nikt z tym nic nie robi, bo…wiadomo…relacje. Jak w świecie! Świat funkcjonuje jedynie dzięki małym kłamstwom i obłudzie! Plotki to taki zawór bezpieczeństwa, trzeba czasem coś pogadać w kuluarach, bo człowiek by pękł. I w tych tzw. kościołach jest…tak samo! Nigdzie nie ma prawdziwej miłości. Bo miłość to nie proszone obiadki i grille. To nie kawa i herbata po „nabo”. Kiedy się kogoś naprawdę kocha, to nam na tym kimś zależy. Nie pozwolimy mu siedzieć w grzechach, bo grzech przynosi śmierć. Nie pozwolimy mu siedzieć w zwiedzeniu, bo zwiedzenie to grzech. Ale….ludziom jest wszystko jedno! Obojętność, poprawność polityczna, obłuda. Świat!!! Biblia jest czarno- biała. Kiedyś jakiś pastor tłumaczył mi, że przecież jest wiele odmian szarości i trzeba porzucić to „czarno-białe” myślenie. Pastor tak mówił? Jest mi smutno. Widzę, jak pastorzy na siebie psioczą, jak gadają na siebie. Ale niech taki obgadany pastor odwiedzi zbór, w którym został obgadany – co się dzieje? Dostaje kazalnicę, ciasto, kawusię i ochy-achy! Obłuda !!! Straszne. Tyle kłamstw. „Nie gadaj na kościół”- mówią. Jaki kościół? Gdzie on niby jest? Te organizacje oparte na poprawności politycznej? Ci wspierający się obłudnie przywódcy różnych denominacji? Możesz myśleć, co chcesz, byle byś na głos nic nie mówił. Jak się obnażysz ze swoimi poglądami, zadeklarujesz jako osoba o bardzo zdecydowanych poglądach, to stajesz się wrogiem numer jeden! Kocham Boga. Wierzę w Biblię. Wierzę w Jego Słowo. Wierzę, że trzeba słuchać Jezusa i płacić cenę posłuszeństwa. Płacę ją. Będę szła za Jezusem do końca moich dni. Będę mówiła ludziom prawdę w miłości. Nie zgodzę się na tolerowanie grzechu, na tolerowanie zwiedzenia, na obłudę. I pewnie nie znajdę tzw. „kościoła”. Widzę, jak liberalizm zżera zbory od środka. Albo jak małe kościółki zamykają się, zamieniając w sekty- bo żyją w strachu, a nie w miłości! Żyjemy w świecie, w którym tak naprawdę nie ma miejsca na Boga. Nigdzie. Szukałam….wiele lat. Teraz już nie szukam. Maranatha!”

To są cenne świadectwa i wypowiedzi. Myślę, że podobnych w naszym kraju jest o wiele więcej. Warto poznać te głosy, dają one nam wiele do myślenia.

Profil Kościelni uchodźcy na FB –
https://www.facebook.com/100081455316026

Opublikuj komentarz