Czy rodzina to Kościół ?
Nie w ścisłym znaczeniu. Rodzina nie jest lokalnym Kościołem tylko dlatego, że mieszkają w niej wierzący ludzie. Kościół jest wspólnotą uczniów Chrystusa, Ciałem, w którym są różne dary, relacje i odpowiedzialność wykraczająca poza więzy krwi.
Ale jest coś, czego nie da się pominąć: rodzina jest pierwszym miejscem, w którym powinno być widać, czy nasza wiara rzeczywiście działa.
Można prowadzić spotkania, głosić kazania, śpiewać w zespole uwielbienia, organizować konferencje, ewangelizować, służyć ludziom i mieć kalendarz pełen „Bożych rzeczy”. Można być znanym w zborze jako człowiek niezwykle zaangażowany.
Tylko co z tego, jeśli własna żona albo mąż nie doświadcza naszej miłości, dzieci nie widzą w nas cierpliwości, przebaczenia i uczciwości, a w domu Biblia pojawia się głównie wtedy, kiedy przygotowujemy coś dla innych?
Paweł, pisząc o odpowiedzialności starszych, używa bardzo prostego kryterium: „jeśli ktoś bowiem nie umie własnym domem zarządzać, jakże będzie mógł mieć staranie o Kościół Boży?” (1 Tm 3:5).
To niezwykle trzeźwiące zdanie.
Nie zaczyna się od platformy. Nie zaczyna się od mikrofonu. Nie zaczyna się od tytułu, funkcji ani „powołania do służby”.
Zaczyna się od domu.
Duchowa troska o rodzinę nie oznacza oczywiście urządzania codziennie małego nabożeństwa ani zamieniania ojca rodziny w domowego pastora. Chodzi o coś znacznie głębszego: o modlitwę, rozmowę, przykład życia, obecność, zainteresowanie duchowym życiem współmałżonka i dzieci, umiejętność przyznania się do błędu, przebaczenie, miłość i prowadzenie własnego domu w stronę Chrystusa.
Najłatwiej być duchowym przez dwie godziny w niedzielę.
Znacznie trudniej być uczniem Jezusa w poniedziałek rano przy śniadaniu, kiedy wszyscy są zmęczeni. Trudniej kochać wtedy, kiedy ktoś nas irytuje. Trudniej służyć ludziom, którzy znają nasze słabości i nie są pod wrażeniem naszego „namaszczenia”.
I właśnie dlatego dom tak dobrze weryfikuje naszą duchowość.
Jeżeli człowiek potrafi troszczyć się o cały zbór, ale nie ma czasu dla własnych dzieci; potrafi modlić się za obcych ludzi, ale nie modli się ze swoją rodziną; potrafi godzinami rozmawiać o Kościele, ale nie potrafi rozmawiać ze współmałżonkiem; potrafi budować „Królestwo Boże”, a jego własny dom duchowo się rozpada, coś zostało postawione na głowie.
Bo rodzina może nie być Kościołem w pełnym, biblijnym znaczeniu tego słowa, ale jest jednym z pierwszych miejsc, w których okazuje się, czy naprawdę rozumiemy, czym jest służba.
A jeśli nie potrafimy służyć tym, których Bóg postawił najbliżej nas, jeśli nie potrafimy troszczyć się duchowo o własny dom, to bardzo łatwo pomylić kościelną aktywność z prawdziwym życiem Kościoła.
I wtedy nawet najbardziej imponująca „służba” może okazać się tylko kolejną formą zabawy w Kościół.
Edit:
1 Tm 3:5 nie powinien być używany jako bat na rodziców, których dzieci odeszły od wiary. Człowiek może kochać, modlić się, dawać przykład i duchowo troszczyć się o dom, a mimo to dorosłe dziecko podejmie własną decyzję.
W moim poście nie chodzi o ocenianie rodziców po tym, czy ich dzieci „zostały w Kościele”, ale o coś innego: czy człowiek, który bardzo angażuje się w życie kościelne, nie zaniedbuje przy tym własnego domu.
Łaska jest tu konieczna. Duchowa odpowiedzialność za rodzinę nie oznacza kontroli nad jej wyborami ani gwarancji określonego rezultatu.
Marek
Przestańcie bawić się w kościół –
https://www.facebook.com/100064697376432


Opublikuj komentarz