Czy wrzuciłem wierzących do jednego worka?
Od pewnego czasu coraz zadaję sobie pytanie, czy prowadząc tę stronę, nie poszedłem w pewnym momencie za daleko.
Przez lata pisałem o rzeczach, które naprawdę uważałem (i nadal w dużej mierze uważam) za niepokojące. O zbyt dużej władzy skupionej w rękach jednego człowieka. O modelu kościoła zbudowanym wokół pastora. O braku pluralnego przywództwa, które widzę w Nowym Testamencie. O kulcie liderów, manipulacji, prosperity, sceniczności, budowaniu marek, struktur i pozycji zamiast wspólnoty braci i sióstr.
Jednak teraz zauważam coś jeszcze.
Ogromną część swojej oceny Kościoła budowałem na tym, co widziałem w internecie. Kazania, transmisje, wypowiedzi pastorów, afery, dyskusje, świadectwa ludzi, którzy zostali zranieni. To wszystko może pokazywać realne problemy, ale internet nie pokazuje całego Kościoła.
Nie pokazuje setek małych wspólnot, o których nikt nie mówi. Ludzi, którzy po prostu wiernie służą Bogu, troszczą się o siebie nawzajem, nie budują swojej marki i nie nagrywają wszystkiego na YouTube.
Dlatego dzisiaj muszę dopuścić możliwość, że czasami wrzucałem zbyt wielu ludzi do jednego worka.
Mogłem słusznie krytykować pewien model funkcjonowania Kościoła, a jednocześnie niesłusznie sugerować, że wszędzie, gdzie jest pastor, musi być kult pastora. Mogłem mieć rację, wskazując zagrożenia wynikające ze skupienia władzy w rękach jednej osoby, a jednocześnie nie mieć prawa zakładać, że wiem, jak wygląda ogromna większość zborów w Polsce.
Nie mam takich danych.
Mam obserwacje. Mam doświadczenia. Mam przekonania wynikające z tego, jak rozumiem Nowy Testament. Ale to nadal nie daje mi prawa wydawać zbiorowego wyroku na ludzi, których nigdy nie poznałem.
Jest jeszcze coś bardziej osobistego.
Sam jestem niedoskonałym człowiekiem. Sam mam rzeczy, z którymi sobie nie radzę. Sam potrzebuję korekty, łaski i przemiany. To nie oznacza, że mam przestać rozpoznawać zło albo milczeć, kiedy widzę nadużycie. Biblia nie wymaga od człowieka bezgrzeszności, zanim będzie mógł powiedzieć, że coś jest nie w porządku.
Ale własna słabość powinna nauczyć mnie pokory w sposobie, w jaki mówię o słabościach innych.
Można wskazywać błąd bez stawiania siebie ponad człowiekiem, który błądzi.
Można krytykować system bez potępiania wszystkich ludzi, którzy w nim funkcjonują.
Można bronić biblijnego przekonania, a jednocześnie pozostawić sobie miejsce na słowa: „mogę czegoś nie widzieć”, „mogę czegoś nie wiedzieć”, „mogłem tutaj przesadzić”.
I właśnie w takim miejscu jestem dzisiaj.
Doszedłem nawet do momentu, w którym zastanawiam się, czy dalsze prowadzenie tej strony ma sens. Nie dlatego, że zmieniłem zdanie na temat potrzeby powrotu do prostoty Nowego Testamentu, wzajemnej odpowiedzialności, pluralnego przywództwa i Kościoła będącego przede wszystkim wspólnotą ludzi, a nie organizacją zbudowaną wokół jednej osoby.
Zmieniło się raczej moje spojrzenie na własną rolę. Nie chcę być człowiekiem, który tylko stoi z boku i nieustannie diagnozuje Kościół. Chcę przede wszystkim pilnować własnego życia, własnej rodziny, własnej relacji z Bogiem i tego, czy sam żyję tym, czego wymagam od innych.
Może więc część rzeczy, które tutaj pisałem, była potrzebna.
Może część była zbyt szerokim uogólnieniem.
Może niektóre teksty komuś pomogły, a inne mogły kogoś niesprawiedliwie zranić.
Nie zamierzam ani bronić wszystkiego, co napisałem, ani wszystkiego przekreślać. Po prostu stwierdzam, że człowiek krytykujący Kościół powinien zatrzymać się i poddać krytyce samego siebie. Bardzo łatwo bowiem, walcząc z niewłaściwą władzą w Kościele, samemu zacząć przemawiać z pozycji tego, który wie najlepiej.
A ja już nie chcę być w takim miejscu.
Marek
Przestańcie bawić się w kościół –
https://www.facebook.com/100064697376432


Opublikuj komentarz