×

Rozłamy w kościele który znałem

Rozłamy w kościele który znałem

Czy wasz kościół stoi w obliczu rozłamu, czy też niedawno go przeżył? Jeśli tak, to ta książka jest właśnie dla was.

Pocieszy was świadomość, że wasze doświadczenie nie jest odosobnione, a problemy i udręki, których doświadczacie, nie są w żadnym razie niczym niezwykłym. Rozłam w kościele powoduje wiele problemów między chrześcijanami oraz w relacjach z przyjaciółmi „po drugiej stronie”. Edwards zajmuje się tymi wszystkimi problemami w sposób bezpośredni i bez ogródek. Nie opowiadając się po niczyjej stronie, przedstawia złożoność problemów i bólu związanego z podziałem, a także oferuje wytyczne dotyczące postępowania i proponuje „profilaktykę”.

DEDYKACJA

Dla każdego duchownego, który w obliczu możliwości rozłamu w kościele – bez względu na to, jak niesprawiedliwy by on nie był – odmawia walki. Dla każdego chrześcijanina, który bez względu na to, jak niezadowalająca może być sytuacja w kościele, odmawia przyłączenia się do frakcji narzekającej. .

Dla wszystkich wierzących, którzy – w obliczu rozłamu w kościele – wybierają raczej ukrzyżowanie.

SŁOWO PODZIĘKOWANIA

Po ukończeniu tego rękopisu poprosiłem chrześcijańskiego prawnika i dobrego przyjaciela, Toma Brandona, o dodanie rozdziału do tej książki. Kiedy przeczytacie to, co napisał, zrozumiecie, dlaczego poprosiłem go o dodanie swoich spostrzeżeń do tej książki. Tom wcześniej służył w pełnym wymiarze godzin w Christian Legal Society, a obecnie pełni pełnoetatową służbę pojednania. Chciałbym polecić posługę Toma wszystkim, którzy czytają tę książkę, mając pewność, że w życiu wielu z was nadejdzie dzień, w którym jego pomoc będzie potrzebna i doceniona.

I jeszcze jeden wyraz wdzięczności. Jeszcze raz dziękuję, Ann Witkower, za redakcję tej książki. Bez Ciebie nie byłoby książek.

Rozdział 1
Rozłamy w kościele który znałem

Miałem dziewięć lat, kiedy po raz pierwszy byłem świadkiem rozłamu w kościele. Moja rodzina mieszkała wtedy w Bay City w Teksasie. Opowiem wam historię tego rozłamu i innych, których byłem świadkiem. Musicie usłyszeć te historie, ponieważ mogą one uratować wam życie.

Gdy tylko przeprowadziliśmy się do Bay City, moja mama stała się jedną z „wiernych” w jedynym kościele południowych baptystów w mieście. Kochała ten kościół i chodziła na wszystkie spotkania, tak jak wszyscy pobożni baptyści. Wciąż mam żywe wspomnienia, na przykład o tym, jak ona i kilka innych osób z kościoła potajemnie zbierało pieniądze, aby zrobić pastorowi niespodziankę w postaci nowego samochodu w dniu jego urodzin. Podobnie jak wielu innych w kościele, moja mama miała o pastorze bardzo wysokie mniemanie. Niestety, opinia ta nie była jednomyślna.

W mojej pamięci na zawsze zapisał się obraz środowego wieczornego posiedzenia rady kościoła. Wiedziałem tylko, że doszło do jakiegoś sporu, a chrześcijanie rzucali na siebie słowami. Moja mama, Gladys, próbowała wstać i coś powiedzieć, ale zamiast tego wybuchnęła płaczem. Tej nocy, na oczach dziewięcioletniego chłopca, kościół się rozpadł. Nie wiem, z jakiego powodu. Wiem tylko, że pastor odszedł. Niedługo potem powstał inny kościół.

W wyniku tego niezwykle emocjonalnego i fizycznie wyniszczającego rozłamu mama zabrała swoich dwóch synów do Pierwszego Kościoła Chrześcijańskiego, aby tam kontynuować rodzinne życie religijne. Prawdopodobnie wyrósłbym na chrześcijanina a nie na baptystę (gra słów zamierzona), gdyby nie to, że wkrótce po przybyciu do kościoła chrześcijańskiego doszło tam do kłótni!

Moja matka nigdy się z tego nie otrząsnęła. (Całkowicie przestała chodzić do kościoła, choć nigdy nie przestała kochać Pana.) W rzeczywistości przeżyła całkowite załamanie emocjonalne. Nawiasem mówiąc, całkowite załamanie emocjonalne nie jest niczym niezwykłym, w przypadku rozłamu w kościele. Zapamiętajcie ten fakt.

Gladys nie była  jedyną osobą głęboko dotkniętą tym rozłamem.

Pokolenie później, kiedy nikt w Bay City nawet nie wiedział, że odwiedzający ich miasto pastor, Gene Edwards, kiedykolwiek tam mieszkał, zauważyłem, że ból, szkody i pamięć o tym rozłamie wciąż były żywe w Bay City.

Nic nie dorównuje podziałom w kościele pod względem siły, która powoduje, że chrześcijanie przestają podążać za Panem. Grzech, pokusa, cudzołóstwo, rozwód, choroba – wszystko to blednie w obliczu siły rozłamu. Na podstawie moich przemyśleń doszedłem do wniosku, że więcej chrześcijan odwróciło się od spraw Bożych z powodu podziałów w kościele niż z jakiegokolwiek innego powodu.

Krótko po tych dwóch kryzysach w kościele w Bay City mój tata został przeniesiony do nowej firmy naftowej w pełnym kurzu miasteczku Cleveland w Teksasie, słynącym z tartaków. Jak to robią wszyscy porządni południowi baptyści, przeniosłem swój „list”  do tamtejszego lokalnego kościoła baptystów. Nie zdążyłem nawet usiąść w ławce, gdy w kościele wybuchła kłótnia! I to właśnie podczas niedzielnego porannego nabożeństwa.

Scena: pastor złożył rezygnację, a potem popełnił błąd, dodając kilka słów. W poprzednią środę wieczorem został fizycznie zaatakowany przez jednego z diakonów.  Kiedy właśnie miał nawiązać do tego incydentu, ktoś z ławek zerwał się na równe nogi i zaczął na niego krzyczeć.)

Miałem trzynaście lat. To był mój trzeci rozłam w kościele w ciągu czterech lat. Przez następne dwa lata prowadziłem życie „wolne od podziałów”. Trudno o większe szczęście. Potem, w wieku piętnastu lat, poszedłem na studia. Przyjechałem do miasteczka uniwersyteckiego Commerce w Teksasie tuż po tym, jak tamtejszy Pierwszy Kościół Baptystów wyrzucił swojego pastora.

Cóż, półtora roku później, dzień przed moimi siedemnastymi urodzinami, nawróciłem się do Jezusa Chrystusa. Tak, czasami zostajesz baptystą, a potem zostajesz zbawionym! Mniej więcej w tym samym czasie dr Elmer Page został nowym pastorem tego kościoła. Muszę od razu powiedzieć, że ten człowiek wiele dla mnie znaczył jako dla nowego chrześcijanina, a później jako dla młodego duchownego.

Przybywając do Commerce, aby objąć stanowisko pastora największego kościoła w tym uniwersyteckim miasteczku, dr Page nie wiedział, że wkracza do gniazda szerszeni. Zanim dr Page został powołany do tego kościoła, diakoni byli podzieleni co do tego, który z dwóch mężczyzn powinien zostać ich nowym pastorem. Jedna frakcja ostatecznie zwyciężyła i powołano dr. Page’a. Wieszcząca katastrofę walka była nieunikniona.

Zawsze trudno jest zrozumieć wiele czynników, które składają się na walkę w kościele. Kto jest w stanie prześledzić złożone korzenie i tkankę społeczności, jej przeszłe konflikty, animozje, kliki, waśnie i niezagojone rany z przeszłości? Wszyscy wyglądamy tak pięknie, gdy zbieramy się w niedzielę, ubrani w garnitury i uśmiechnięci. Żaden z tych ukrytych prądów nie jest widoczny. Ale one tam są.

Nie, nie potrafimy zrozumieć wszystkich czynników, które składają się na rozłam w kościele, ale pewnej nocy siedziałem w pierwszym rzędzie i obserwowałem, jak ten konkretny kościół rozpada się na kawałki. Miałem być głównym mówcą tego wieczoru. Okazało się, że miałem szczęście, że udało mi się przeczytać jeden werset z Pisma Świętego. Całe nabożeństwo zdominowała ta walka. Historia przedstawia się następująco.

Jako student pobliskiego uniwersytetu należałem do grupy chrześcijańskich studentów, którzy bardzo kochali Pana i siebie nawzajem. Wiele razem przeszliśmy i razem przeżyliśmy niezwykłe chwile z Panem. Będąc studentami, nie mieliśmy pojęcia o wewnętrznych zmaganiach toczących się w kościele.

Paradoksalnie, kościół osiągał niesamowite wyniki ewangelizacyjne właśnie w czasie, gdy trwał ten tlący się konflikt. Setki ludzi nawracało się do Pana. Mimo to dr Page znajdował się pod ogromną presją, by zrezygnować. „Druga grupa” nadal chciała, by ten drugi człowiek był ich pastorem. (Niestety, ten drugi kaznodzieja tylko podsycał sytuację!)

Właśnie w tym trudnym czasie Bóg powołał mnie do służby.  Kilka dni później ukończyłem studia i rozpocząłem seminarium. W tym czasie dr Page poprosił mnie, abym wygłosił kazanie w następną niedzielę wieczorem. Zgodziłem się. W końcu zaproszenie brzmiało dość niewinnie. Poza tym miałem osiemnaście lat, byłem kaznodzieją i studentem seminarium dopiero od kilku dni, a było to zaproszenie do przemawiania w „Pierwszym Kościele”. Oczywiście, że się zgodziłem! Nie wiedziałem jednak, że zaraz zostanę rzucony lwom na pożarcie. Widzicie tą sytuację. W następną niedzielę rano dr Page zaskoczył wszystkich. Zrezygnował. To sprawiło, że zostałem kaznodzieją podczas wieczornego nabożeństwa w kościele, który teraz nie miał pastora. To, co wydarzyło się tego wieczoru, jest naprawdę niemożliwe do opisania lub uwierzenia.

Tego wieczoru wysiadłem z samochodu, obszedłem budynek kościoła do tyłu i otworzyłem drzwi do garderoby chóru. Tego wieczoru miał śpiewać „chór młodzieżowy”, więc sala była pełna moich przyjaciół ze studiów. Wszyscy byli podekscytowani, ponieważ tego wieczoru kazanie miał wygłosić jeden z nich. Dyrygent chóru natomiast stał w oszołomiącej ciszy, jak człowiek, który zobaczył salę pełną duchów. I tak właśnie było. Właśnie otworzyłem drzwi i zerknąłem na zgromadzonych. Wśród zgromadzonych siedzieli diakoni, którzy nie byli w tym kościele od dziesięciu lat. Byli tam członkowie kościoła, którzy nie uczestniczyli w nabożeństwie od dwudziestu pięciu lat.

Rozbrzmiała muzyka. Chór wyszedł. Poszedłem za nim i zająłem miejsce przy kazalnicy. Widok, który ukazał się moim oczom, był niepojęty. Budynek był wypełniony po brzegi. Balkon, który zazwyczaj nigdy nie był używany, był pełny. To była największa liczba ludzi, jaką kiedykolwiek widziałem w tym kościele w niedzielny wieczór. Przez krótką chwilę ten młody, głupi dzieciak pomyślał, że wszyscy przyszli posłuchać jego kazania.

Czy muszę to mówić? Nie przyszli z mojego powodu.

Mój brat przyszedł tego wieczoru, żeby mnie posłuchać. Pewnej pobożnej chrześcijance udało się po raz pierwszy w życiu wprowadzić do kościoła swojego niezbawionego męża, bo właśnie ja przemawiałem. Kilka innych osób prawdopodobnie przyszło posłuchać mojego przemówienia, ale za nic nie mogłem rozgryźć, kim byli wszyscy pozostali ludzie. .

Nabożeństwo rozpoczęło się śpiewem, a następnie modlitwą. Nadszedł czas na wieczorne przesłanie. Gdy miałem właśnie podejść do kazalnicy, ktoś ze zgromadzonych wstał i powiedział: „Wnoszę wniosek, abyśmy przeszli do zebrania kościelnego”. Natychmiast padło: „Popieram wniosek”.

Dopiero następnego dnia dowiedziałem się dokładnie, co doprowadziło do tej tragicznej sceny. Wygląda na to, że zaraz po niedzielnym porannym nabożeństwie pozbawieni praw diakoni spędzili cały dzień na telefonowaniu do wszystkich członków kościoła, na których mogli liczyć, że zagłosują po ich stronie. Ten ogromny tłum zebrał się w jednym celu: odzyskać kontrolę nad kościołem.

To, co wydarzyło się później, przez wiele lat pozostawało koszmarem w umysłach setek wierzących. Przez ponad dwie godziny trwała walka słów i racji. Było to brutalne. Nawet teraz moje pióro drży, gdy wspominam ten przerażający wieczór. Była to walka brata przeciwko bratu, siostry przeciwko siostrze. W końcu odbyło się głosowanie; „wykluczeni” powrócili. W chwili, gdy podliczono głosy, dziesiątki ludzi zaczęły wychodzić. Ich zadanie zostało wykonane.

Co zrobiłem tamtej nocy? Podszedłem do kazalnicy, otworzyłem Biblię i przeczytałem te słowa: „Jeśli się nie nawrócicie, wszyscy zginiecie” – i zakończyłem spotkanie.

Można powiedzieć, że to było moje wprowadzenie do służby kaznodziejskiej.

(Po spotkaniu podszedł do mnie misjonarz, który był wśród słuchaczy, i powiedział: „Gene, jeśli przez resztę życia będziesz wykazywał tyle mądrości w swojej służbie, będziesz naprawdę mądrym człowiekiem”. Te słowa poszły na marne. Od tamtej nocy ani razu nie miałem aż tyle mądrości!)

Zaledwie kilka dni temu byłem w Teksasie na zjeździe absolwentów tych wspaniałych chrześcijańskich dzieciaków, z którymi studiowałem..*

* Zobacz wstęp do książki „The Inward Journey”.

Udało nam się utrzymać kontakt przez ponad pokolenie. Nawet na zjeździe, trzydzieści sześć lat później, pamiętano tę okropną noc i ponownie przeżywano ból. Pomyślcie o tym. Trzydzieści sześć lat, a ból wciąż tam był. To wspomnienie, którego nie możemy zapomnieć. Planujemy spotkać się ponownie, gdy wszyscy skończymy siedemdziesiąt lat. Nawet wtedy będziemy pamiętać tę noc i drżeć.

Można sobie tylko wyobrazić, jak wyglądały dni bezpośrednio po tej walce. Imię Pana zostało pohańbione w całej lokalnej społeczności. Kilka osób zachorowało fizycznie. Przynajmniej jedna osoba z naszej grupy chorowała  prawie przez rok. Chrześcijanie stali się zgorzkniali. Kościół, oczywiście, został rozdarty na strzępy.

Ale oto fakt, który musi was poruszyć: tamtej nocy w Pierwszym Kościele Baptystów w Commerce w Teksasie wielu chrześcijan na widowni było świadkami trzeciego, czwartego lub piątego rozłamu w kościele. Wiedzcie, że większość chrześcijan jest w stanie znieść tylko określoną liczbę podziałów, zanim całkowicie odejdą z kościoła. Niektórzy chrześcijanie przetrwają jeden rozłam. Nieliczni przetrwają dwa. Garstka ludzi o sercach z żelaza może przetrwać trzy. To mniej więcej granica ludzkiej wytrzymałości. To twardy, bezlitosny fakt. Pamiętaj o tym w dniu, w którym zamierzasz rozpocząć lub dołączyć do swojej pierwszej walki w kościele.

Być może przetrwasz rozłam w kościele, do którego dołączysz, zwłaszcza jeśli jest to twój pierwszy. Ale wielu innych w twojej grupie nie przetrwa, ponieważ nie będzie to dla nich pierwszy raz. Dla wielu ten rozłam będzie ostatnim! Później, gdy się dorośniesz, nadejdzie twoja kolej. Będziesz świadkiem swojej drugiej lub trzeciej walki kościelnej. A gdzieś przy trzeciej lub czwartej, bez względu na to, kim jesteś, osiągniesz kres swoich możliwości duchowego przetrwania.

Pytam cię, drogi czytelniku, czy cokolwiek, w co wierzysz lub myślisz, jakakolwiek doktryna, jakakolwiek opinia, którą wyznajesz, jest warta takiej rzezi? W każdej walce kościelnej są tacy, którzy giną po raz trzeci. Czy chcesz mieć swój udział w zniszczeniu życia wierzącego?

W Rzymian 2:24 znajduje się werset, który mówi: „Przeklinali imię Boga z waszego powodu”. Są chrześcijanie i niechrześcijanie, którzy wychodzą z kościoła i w tej chwili porzucają wszelkie oznaki, często pozorne bycia chrześcijaninem (lub zostania chrześcijaninem) z powodu postępowania chrześcijan. Niestety, stało się to tamtej nocy w Commerce w Teksasie dawno temu. Działo się to tysiące razy w setkach tysięcy kościołów w całym naszym kraju. Jutro wydarzy się to ponownie, gdzieś tam.

Pewnego dnia znajdziesz się na spotkaniu takim jak to, na którym byłem, tam we wschodnim Teksasie. Potrzeba pewnego rodzaju odwagi, by wywołać rozłam, dołączyć do rozłamu lub walczyć z tymi, którzy się dzielą. Ale jest to odwaga, której nie potrzebujemy, bo jest to odwaga zrodzona z upadku człowieka!

Trzymajcie się z dala od rozłamów.
Są one rodzajem duchowego szaleństwa.

A jeśli myślicie, że kłótnie w kościele są rzadkością, pamiętajcie o tym. Miałem osiemnaście lat tamtej nocy w Commerce w Teksasie. Byłem chrześcijaninem niecałe dwa lata, a mimo to byłem świadkiem czterech walk w kościele w ciągu dziewięciu lat.

Według moich najlepszych obliczeń około pięć procent wszystkich kościołów protestanckich i wspólnot rozpada się każdego roku. Oznaczałoby to około piętnastu tysięcy rozłamów rocznie w samej Ameryce. Te martwe kościoły wydają się rozdzielać najrzadziej, więc niektóre muszą rozdzielać się często.

Jedną z najtrudniejszych rzeczy do zrozumienia dla nowego chrześcijanina jest to, że chrześcijanie się dzielą, kłócą, walczą i bezlitośnie się nawzajem niszczą. Niewiara w ten makabryczny fakt może cię zniszczyć. Uwierz w to. Szanse, że wkrótce znajdziesz się w okropnej bójce kościelnej, wynoszą około 100%.

Trzy lata po rozpoczęciu studiów w seminarium zostałem powołany na pastora kościoła baptystów.

Trzy lata później zostałem powołany do innego zboru, gdzie pozostałem przez dwa lata. Czy możesz w to uwierzyć, udało mi się przeżyć całe te pięć lat bez bycia świadkiem rozłamu w kościele?

(W rzeczywistości jestem jednym z najbardziej szczęśliwych duchownych. Osobiście widziałem tylko jeden rozłam w mojej posłudze.)

Pod koniec mojej drugiej posługi duszpasterskiej, w wieku dwudziestu sześciu lat, zostałem ewangelistą Kościoła Południowych Baptystów. Ach, to jest życie! Przyjeżdżasz do kościoła w niedzielny poranek, przez tydzień wygłaszasz kazania ewangelizacyjne, a w następną niedzielę wyjeżdżasz lub wylatujesz, zupełnie bez szwanku. W rzeczywistości zazwyczaj odjeżdżasz jako swego rodzaju bohater. Właściwie nie pamiętam, żebym przez wszystkie lata, kiedy byłem ewangelistą, zyskał choćby jednego wroga. Wiodłem życie jak z bajki. Ale z pastorami, z którymi pracowałem, było zupełnie inaczej.

W tych latach, gdy byłem ewangelistą, otworzyły mi się oczy na ten makabryczny fakt: to, co widziałem w kilku kościołach baptystów jako młody człowiek w Teksasie, działo się w całej Ameryce, w każdej denominacji ewangelicznej i każdej organizacji w całym kraju. Rozłam i kłótnie nie były zjawiskiem lokalnym, w rzeczywistości były międzynarodową plagą.

Oto kilka rzeczy, których nauczyłem się jako młody ewangelista, którego służba obejmowała niemal cały kraj: (1) Kościoły generalnie są tak martwe jak stuletnia trumna. (2) Większość kościołów albo jest bliska rozpadowi, i wkrótce wda się w kłótnię, albo już w niej jest, albo właśnie z niej wychodzi. (3) Praktyka koncepcji duszpasterskiej jest chyba najbardziej wyczerpującym nerwowo, nienaturalnym, niesprawiedliwym i nieuzasadnionym biblijnie wynalazkiem, jaki kiedykolwiek wprowadzono w życie ludzkości.

Czwarta rzecz, której się nauczyłem, przyszła nieco później, ponieważ jest nieco bardziej ukryta: chrześcijaństwo jest pełne duchownych, pastorów, pracowników chrześcijańskich, starszych, diakonów (i innych  świeckich), którzy wykrwawiają się na śmierć duchową z powodu niezgody, podziałów i walk, przez które przeszli. Co więcej, nie jest to zjawisko ograniczone do kościołów, ale jest równie powszechne w międzywyznaniowych organizacjach chrześcijańskich. Nie ma wielkiej różnicy między byciem „członkiem personelu” w organizacji międzywyznaniowej a byciem członkiem kościoła czy wspólnoty. Kłótnie i rozłamy są w nich powszechne.

Dlaczego Królestwo Boże milczy w obliczu tej rzezi? Powiedzmy sobie jasno, nie mówię tu o wielkich rozłamach wyznaniowych, o których czytacie w historii kościoła. Mówię o zaciętych sporach w lokalnych zgromadzeniach.

Rozłam i podziały są zmorą ludu Bożego na całej tej ziemi i na całej planecie; wydaje się jednak, że chrześcijaństwo nie chce nawet tego przyznać. Jesteśmy po uszy w tym koszmarnym problemie, a mimo to mówimy i działamy tak, jakby problem ten nie istniał. Dlaczego, na litość boską, ignorujemy tę ogólnoświatową plagę?

Kiedy byłem młodym pastorem, często wychodziłem do społeczności, odwiedzając ludzi, od drzwi do drzwi. Do ilu domów wszedłem, gdzie słuchałem ludzi mówiących mi, że nigdy więcej nie przekroczą progu kościoła, dopóki żyją. Dlaczego? Z powodu gorzkich wspomnień konfliktów z innymi chrześcijanami lub – co bardziej prawdopodobne – z powodu kłótni w kościele. Później, jako ewangelista, odkryłem, że tę opowieść o nieszczęściu opowiadają chrześcijanie w dzielnicach na całym chrześcijańskim świecie. Takich ludzi są tam miliony.

Nadeszła w moim życiu chwila, kiedy zrezygnowałem nie tylko z roli pastora, ale i z roli ewangelisty. Odszedłem od bardziej tradycyjnej formy kościoła i wkroczyłem do znacznie mniejszego świata chrześcijan, którzy spotykają się w domach, spotykają się nieformalnie, nie przestrzegają ustalonych rytuałów i rzadko, jeśli w ogóle, nadają nazwę swoim zgromadzeniom. Jest to rzeczywiście bardzo mały świat, w którym wierzący nie należą do żadnego ruchu ani denominacji, nie stawiają między sobą barier doktrynalnych i nie ma granic oddzielających duchownych od świeckich.

Szczerze mówiąc, uwielbiam to nieformalne oblicze Kościoła, ale z pewnością go nie polecam. Pozostań w bardziej tradycyjnym Kościele, jeśli właśnie tam się teraz znajdujesz.

Dlaczego? Cóż, ilu ludzi jest w tradycyjnych kościołach protestanckich i ewangelicznych? Gdzieś między dwudziestoma a sześćdziesięcioma milionami w Ameryce Północnej? Ale ilu ludzi jest w tych bezimiennych małych grupach spotykających się w domach? Nikt tego nie wie. Dziesięć tysięcy? Pięćdziesiąt tysięcy? Pięć tysięcy? Niezależnie od liczby prostych wierzących spotykających się w domach, można być pewnym, że jest ich niewielu, ale podchodzą oni bardzo poważnie do swojego chrześcijańskiego zaangażowania. Wierzący spotykający się w domach są nie tylko oddani Panu i Jego Kościołowi, ale są również bardzo zaangażowani w życie innych. To zaangażowanie jest zarówno cudowne, jak i niebezpieczne. Niestety, wśród wierzących poza kościołami instytucjonalnymi istnieje tyle samo podziałów, co w ich obrębie. A kiedy podziały dotykają nas tutaj, ponieważ więzi są tak bliskie, ból jest jeszcze głębszy.

Kiedy więc mówię o problemie o zasięgu globalnym, mam na myśli wszystkie odmiany chrześcijaństwa, od katedr po spotkania kościoła domowego. Niezależnie od tego, czy należysz do kościoła bardziej tradycyjnego, czy całkowicie nieformalnego, w kościołach jest po prostu zbyt wiele podziałów. Czy tę sytuację można zmienić? Taka jest nadzieja stojąca za tą książką.

Fragment pochodzi z książki Gene Edwardsa „Preventing a church split” –
„Zapobieganie rozłamowi w kościele”
Destiny Ministries 1982

Post Scriptum

To jest temat do przemyślenia i dobry materiał wstępny do debaty na temat rozłamów w kościele, również w kontekście „Listów do zdewastowanego chrześcijanina” i „Zamerykanizowanego chrześcijaństwa”. Pierwszy rozdział tej książki wiele wnosi do tej debaty. Pan Gene wiele widział, doznał i jest kościelnym uchodźcą… jednym z wielu…



2 komentarze

Opublikuj komentarz