Amerykańska kolonizacja wiary
Czy możliwe jest powstanie rdzennych kościołów na terenach nieobjętych ewangelizacją?
W książkach „How to Meet”, „The Man Nobody Wants” oraz w niniejszej publikacji odniosłem się do Albanii. Dlaczego w tej trylogii pojawia się Albania? Ponieważ Albania jest wyjątkowa w historii ludzkości. Nigdy wcześniej nie miało miejsca nic podobnego i nigdy więcej się nie powtórzy. Okres, w którym istnieje taka możliwość, jest bardzo krótki.
Wędrówka do Albanii, aby głosić ewangelię, jest jak wkroczenie do miasta w I wieku, gdzie nigdy nie słyszano imienia Chrystusa. Ale to nie wszystko! Nawet Paweł wkroczył na tereny, które miały jakieś religijne korzenie. Nie tak było w Albanii.
Albania * jest pierwszym krajem w całej historii ludzkości, który nie ma żadnej religii!
* Książka była pisana około roku 1991. Albania przez kilka dziesięcioleci była pod rządami Envera Hoxhy, charakteryzującymi się ateizmem państwowym. W tym czasie religia była zakazana. Dopiero 29 kwietnia 1991 parlament albański zmienił nazwę kraju na Republika Albańska, pierwszym prezydentem ogłosił Alię, jak również zmienił konstytucję Albanii, wprowadzając podział władzy i poszerzając zakres swobód obywatelskich.
Ludzkość nigdy nie doświadczyła czegoś takiego. Ani w starożytności, ani w Rosji, ani w Chinach, ani w żadnym innym kraju wśród żadnej grupy etnicznej, w całej historii ludzkości.
Mimo to amerykańscy i brytyjscy misjonarze mieli tupet przyjeżdżać do Albanii z naszymi okropnymi amerykańsko-angielskimi nabożeństwami. My, Amerykanie, jesteśmy gorliwie nastawieni na przyniesienie Albańczykom tej samej duchowej śmierci, która dziś dławi nasze własne kościoły tutaj, na Zachodzie.
Wszystkie dowody wskazują, że my, zachodni chrześcijanie, nie rozumiemy, jak głosić ewangelię w innych krajach w sposób, który pozwala doświadczać kościoła w sposób rodzimy. Wiara chrześcijańska wyrażana w sposób lokalny to myśl, która nigdy nie przyszła nam, Amerykanom, do głowy. Nie mamy pojęcia, jak budować kościoły w sposób, w jaki budowano je pierwotnie w I wieku. Nasze lekceważenie historii, kultury i wyjątkowości danego narodu jest po prostu oszałamiające.
W ciągu sześćdziesięciu lat mojego życia na tej ziemi zwiedziłem znaczną część naszej planety. Nie spotkałem jeszcze zachodniego chrześcijańskiego pracownika, który wykazywałby jakiekolwiek zainteresowanie poszukiwaniem nowych sposobów spotkań. Niewielu okazuje szacunek dla kultury innych, a nikt nie interesuje się kościołem, który odpowiada rdzennemu środowisku! Dla nich wszystkie myśli krążą wokół zdobywania dusz, a żadna wokół życia kościelnego eklezji.
Nigdy nie spotkałem misjonarza, który choćby przez chwilę zastanowił się nad tym, że narzuca innym kulturom i narodom sposób spotkań protestanckiej reformacji lub „uszczęśliwia” ich zachodnim rytuałem niedzielnym. To straszne gwałcenie obyczajów społecznych innych ludzi, ta ostateczna zniewaga wobec kultury innych ludzi, nie pojawia się nawet w dyskusjach między ludźmi Zachodu pracującymi w innych krajach. Nikomu nie przychodzi to do głowy. Cały świat musi spotykać się w taki sam sposób, [mówić kazania, prowadzić uwielbienie, przystrajać miejsca nabożeństw, organizować kawiarenki] tak jak protestanci na Zachodzie. Kropka. Nie ma mowy o żadnej dyskusji.
[To o czym pisze Gene doprowadziło do tego, że gdziekolwiek obecnie zajrzysz, czy jest to Kościół Zielonoświątkowy, Baptystów, Wolnych Chrześcijan, czy spotkanie organizacji para-kościelnej wszystko jest tam zorganizowane „na jedno kopyto”. Ta sama muzyka, to samo oświetlenie sceny, te same ekspozycyjne kazania. Nawet w tym obszarze nie ma miejsca na jakąś oryginalność – uwaga tłumacza]
Odniosę się nawet do faktu, że nie ufamy rdzennym pracownikom. Wysyłamy Amerykanów i nigdy nie przychodzi nam do głowy, aby pozostać w domu gdy ewangelia jest głoszona, a rdzenna ludność doświadcza eklezji. Większość naszych pieniędzy powinna trafiać do lokalnych pracowników. Praktycznie wszystkie trafiają do amerykańskich misjonarzy, z których wszyscy są nastawieni na amerykańską kolonizację wiary.
Jak więc Albania może mieć rodzimy Kościół, skoro absolutną koniecznością jest, aby chrześcijanie z innych krajów głosili ewangelię w niedostępnym dotąd kraju, takim jak Albania?
To proste!
Wystarczy, że porzucimy wszystko, co robimy, a potem zrobimy to tak, jak Paweł.
Paweł był Żydem. (Na szczęście urodził się i wychował w pogańskiej krainie). Być może nieświadomie zjudaizowałby kościoły pogańskie. Ale on – obcokrajowiec – miał sposób na zakładanie kościołów, więc nie mogło do tego dojść. Zbudował kościół i kiedy był on jeszcze w stanie płynnym… opuścił miasto. Pojawiła się rdzenna forma kościoła. Narodziła się organiczna, rodzima forma kościoła!
Ale to nie wszystko!
Skoncentrował się na tworzeniu rodzimych pracowników. Pracowników nieżydowskich.
Innymi słowy, nie szkolił „kolegów”, szkolił Albańczyków, Nepalczyków, Rumunów itp. Ale nigdy – ani razu – nie stworzył kościoła w Judei, czy gdziekolwiek wśród Żydów. Wszyscy pracownicy, których wychował, byli poganami, Tytus Arystarch, Sekundus, Tychik, Trofim, Gajusz, Apfia, Epafras wszyscy byli poganami. * Tymoteusz, pół-poganin, wychowany w pogańskim kraju. To byli ludzie, których wychował, aby zakładali kościoły. Niech ich pokolenie się powiększa.
* Dzieje Apostolskie 20:4 opisują grupę towarzyszy, którzy wyruszyli z Pawłem w podróż do Azji pod koniec jego trzeciej misji. Wymienieni z imienia towarzysze to: Sopater (Berea), Arystarch i Sekundus (Tesalonika), Gajus (Derbe), Tymoteusz oraz Tychik i Trofim (z prowincji Azja)
Jestem Amerykaninem i jestem całkowicie przeciwny amerykańskim misjom w niemal każdej postaci, formie, trybie lub sposobie. Wierzę w kościół rodzimy, wyrażający się w sposób rodzimy, kierowany przez tubylców i pielęgnowany przez rodzimych założycieli kościołów. Jestem przerażony tym, co amerykańscy i brytyjscy misjonarze oraz organizacje para-kościelne robią za granicą. I tym, co konsekwentnie robią tam od czasów Williama Careya.
Co to jest? Brytyzacja wiary chrześcijańskiej na całym świecie. Tylko że dzisiaj nie są to już Brytyjczycy, ale Amerykanie. Ale nadal jest to brytyzacja, ponieważ Brytyjczycy zbrytyjczykowali nas, Amerykanów.
Pomimo powyższego nie waham się zakładać eklezji w żadnym kraju. Dlaczego? Ponieważ od pierwszego dnia powiem im, co myślę o światowej amerykanizacji wiary chrześcijańskiej.
Po drugie, od pierwszego dnia dam im do zrozumienia, że wkrótce odejdę i zostawię ich… Sam będąc z nimi, wydobędę z nich ich rodzime doświadczenia, kulturę, obyczaje, zwyczaje i rodzimą wyjątkowość, aby upewnić się, że są z nich dumni, świadomi ich i wyrażają je. Po trzecie, przedstawię Chrystusa. Udzielę im praktycznej pomocy. Potem odejdę! A oni sami odkryją „kościół” jako eklezję!
Wreszcie, zrobię wszystko, co w mojej mocy, aby wychować rodzimych pracowników, a konkretnie lokalnych założycieli kościołów! A jeśli przyłapię ich na byciu Amerykanami lub kimś „międzykulturowym”, postawię ich w kącie i każę im słuchać płyt Elvisa Presleya, aż okażą skruchę!
Powyższy rozdział pochodzi z książki Gene Edwardsa –
„The Americanization of Christianity” 1993
Wydanie pierwsze (preprint)



Opublikuj komentarz