×

Jak ewangelizować świat w stylu pierwszego wieku?

Jak ewangelizować świat w stylu pierwszego wieku?

Rozdział dziewiąty

Zadajmy sobie pytanie; w jaki sposób ludzie w dawnych czasach ewangelizowali świat?

Założyciele kościołów zakładali po jednym kościele w każdym mieście. Grupa ludzi, licząca od dwudziestu pięciu do stu osób, zbierała się, aby tworzyć eklezję. Byli oni eklezją przez całą dobę. Następnie założyciel kościoła wyjeżdżał do innego miasta, a nawet do innej prowincji lub innego kraju. Powracał do tej eklezji na krótki czas, aby pomagać jej i dodawać otuchy. To wszystko. To wszystko!  Natomiast wszystkiego, co robimy dzisiaj,  nie obejmuje powyższy akapit… i nie jest skoncentrowane na eklezji… i nie jest uzasadnione  Pismem Świętym.

W ten sposób ewangelizowali w stylu pierwszego wieku.

W przypadku Pawła, to w podeszłym wieku zgromadził on ośmiu mężczyzn, aby go zastąpili, a całkowite osiągnięcia Pawła: to  około tuzina kościołów i  ośmiu młodych mężczyzn, którzy stali się założycielami kościołów.

To nie jest sposób myślenia, który opanowuje Europę Wschodnią!

Porównajmy scenariusz z pierwszego wieku z mentalnością ostatnich pięciuset lat. Tą, która właśnie dotarła do miast za pośrednictwem Ameryki.  Umysł, który zalewa Europę Wschodnią, myśli w ten sposób: buduj [budynki kościelne], szkoły biblijne i seminaria i utrzymuj je ogromnym kosztem. Wyślij absolwentów, aby zgromadzili grupę ludzi, usadzili lud Boży w rzędach itp., a następnie zebrali wystarczającą ilość pieniędzy na budowę kościoła. Zadłużcie się na trzydzieści lat. Zadłuż się na trzydzieści lat. W międzyczasie każ milczącej wspólnocie pogrążyć się w bezdennym zapomnieniu. Powtarzaj to w kółko, aż do dnia, w którym wszyscy [duchowo] wyginą. A potem wezwij kolejnego kaznodzieję, żeby zrobił to samo!

Albo załóż organizację para-kościelną, czerp fundusze z wyżej wymienionych kościołów, zalej planetę ewangelizacją, ale nigdy nie spotkasz się z eklezją… cały czas wiedząc w głębi serca, że jeśli twoi nawróceni dołączą do kościołów, które wspierają cię finansowo, ci nowi nawróceni będą siedzieć  w kościelnych ławkach [może nawet tańczyć] i umrą duchowo.

Aha, i nigdy nie licz, ilu z twojej fantastycznej liczby nawróconych ostatecznie podąża za Chrystusem przez długi czas. I nigdy, przenigdy nie licz, ilu z nich „chodzi do kościoła” w każdą niedzielę do końca życia. Ponieważ liczba ta byłaby nieskończenie mała.

Czy mogę przedstawić pewną sugestię tym kościołom i organizacjom para-kościelnym, a także wszystkim radom misyjnym i zachodnim misjonarzom? Do wszystkich: zrezygnujcie z tego! To nie działa. Być może uratuje to przed piekłem… być może! Ale nie ustanowi królestwa Bożego “wśród was”.

Powróćmy do zasad naszych ojców założycieli.  Jeśli tego nie zrobimy, nie pytajmy już nigdy więcej: „Co dolega chrześcijaństwu?”.

Słuchaj, drogi czytelniku, kimkolwiek jesteś… taki współczesny kościół jest nieciekawy. Otępiający i zbędny. I, cóż, niemal nieistotny. Tak było. Tak jest. Tak będzie. Jest w [przestrzeni duchowej] nieistotny  od siedemnastu wieków. I pozostanie pozbawiony zainteresowania. Być może w każdym pokoleniu pojawią się drobne kosmetyczne zmiany. Być może pojawi się trubadur, głoszący: „Bóg zamierza uczynić coś nowego w kościołach”. Albo „Nadchodzi przebudzenie”. Albo „Widzę zachęcające znaki!”. Cóż, takie głosy będziesz słyszał przez całe swoje chrześcijańskie życie. Ja po raz pierwszy usłyszałem takie słowa w wieku pięciu lat!

Wielu ludzi spędziło pięćdziesiąt lat w służbie, powtarzając codziennie te same słowa. Przez pięćdziesiąt lat. W rzeczywistości można zrobić karierę, mówiąc: “Nadchodzi przebudzenie” i „Bóg zamierza wstrząsnąć zorganizowanym kościołem”.

Człowiek może spędzić życie na poszukiwaniu innowacji, poprawek, dodatków i nowych, błyskotliwych pomysłów. Ale ostatecznie wszyscy nadal będziecie siedzieć w równych rzędach ławek, patrząc przed siebie na kaznodzieję stojącego za kazalnicą. I w końcu spotkania w tym kościele, niezależnie od kosmetycznych zmian i sztuczek, staną się beznadziejne.

A organizacje para-kościelne?

Nie potrzebujemy zmian. Potrzebna jest całkowita przemiana. Potem musi nastąpić zupełnie nowy początek. Powiem wam, co mnie przeraża. Tradycyjne kościoły odkryły słowo „założyciel kościoła”. To mnie przeraża.

Najbardziej przerażające w moich obawach jest to, że słowo to jest używane w kontekście „misji zagranicznych”. Obecnie mamy amerykańskich i brytyjskich misjonarzy wyjeżdżających do innych krajów, aby „zakładać kościoły”. My (obcokrajowcy) przybywamy do miasta z naszą angielsko -amerykańską mentalnością, amerykańską kulturą, amerykańską praktyką „kościelną”… i pięciusetletnią tradycją niedzielnych porannych nabożeństw: lądujemy na „polu misyjnym”… z „amerykanizacją” wyciekającą z każdego poru naszego ciała. Co tworzą ci „amerykańscy założyciele kościołów”? Amerykańskie kościoły, oto co! Tę samą niejadalną potrawę, którą jedliśmy przez pięćset lat! Jesteśmy zdeterminowani, aby wam to podać. Mamy amerykańskich zakładaczy kościołów, którzy podróżują po całym świecie, zakładając kościoły według modelu wymyślonego przez Jana Kalwina 450 lat temu. Robimy to podczas nabożeństw w takich miejscach jak Albania!

Pomyślcie o tym:  My odkryliśmy nową odsłonę „założyciela kościoła”. Ale to nadal jest tylko pojęcie. Nic innego się nie zmieniło. „Założyciel [planista] kościoła” nie wnosi nic nowego.

Nadal wygląda to mniej więcej tak:

„Siedźcie w rzędach i słuchajcie mnie, gdy głoszę wam kazania. Ja [lub specjalna grupa] wybieram pieśni. Wy śpiewacie to, co wam każemy. Opowiadam wam historie z mojego życia (lub historie zaczerpnięte z książki z kazaniami). Mamy szkółkę niedzielną. Mamy zajęcia z Biblii. Będziemy organizować spotkania modlitewne, które będą jeszcze bardziej straszne niż nasze nabożeństwa. Zbudujemy kościół taki sam, jak ten zbudowany przez naszego kochanego ojca założyciela. A gdy za pięćdziesiąt lat umrę, tak samo jak wy.  Nic się nie zmieni. Wasze dzieci zaproszą tu kogoś innego, aby wam głosił kazania, a on będzie robił to samo, co ja… przez kolejne pięćdziesiąt lat!”.

I ten żałosny cykl amerykanizacji kościoła będzie trwał, aż ziemia “zostanie zwinięta”

Zastanawiamy się, dlaczego kościół jest tak martwy? Ta praktyka w stylu reformacji go zabija! Jest to praktyka kościelna, która wyrosła z epoki, która wciąż próbowała uwolnić się od mentalności ciemnych wieków!

Powyższa mentalność prawdopodobnie nie może zostać zmieniona. Nie jest to kwestia tego, że nasze dzisiejsze kościoły dokonują tu i ówdzie niewielkich korekt, zmieniając to i owo. Cała mentalność musi odejść! Oznacza to gwałtowną zmianę w naszym wnętrzu… taką, która wymaga wstrząśnięcia fundamentami wszystkiego, co praktykujemy i co nazywamy „kościołem”!

Mówiąc prościej: musimy porzucić sposób, w jaki postrzegamy praktykowanie naszej wiary! Nie naszą wiarę. Nie Pismo Święte. Nawet nie teologię reformowaną. Raczej naszą mentalność. I nasze praktyki!

Jeśli uważasz, że będzie to łatwe, posłuchaj tego:

Historycy twierdzą, że sposób myślenia człowieka Zachodu zmienił się tylko trzy razy w całej historii zachodniej cywilizacji!

Za każdym razem, gdy zmieniał się sposób myślenia człowieka Zachodu, zmiana ta trwała około dwóch do trzystu lat. Oznacza to, że jeśli zaczniemy dzisiaj, Kościół jako całość doświadczy znaczącej zmiany dopiero za około trzysta lat!

Cóż, zacznijmy więc!

Książka ta nie sugeruje ani nie proponuje, że wszyscy dokonają tej radykalnej zmiany. Zakłada ona, że wszystko pozostanie w zasadzie takie, jak jest. Książka ta akceptuje status quo; nie kwestionuje go.

Ale… jest kilku wierzących, którzy nie chcą czekać trzysta lat! Być może garstka z nich będzie chciała zacząć od nowa, od podstaw. Jeśli jesteś jednym z nich, ta książka stanowi dla ciebie wyzwanie. A „Jak się spotkać” służy jako przewodnik! Pamiętaj tylko, że wypłyniesz na wody prawie całkowicie nieznane i rzadko żeglowane. Mam nadzieję, że znajdzie się kilka osób w Anglii, Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, Australii i Nowej Zelandii, które zdecydują się na ten krok. Desperacko potrzebujemy zmian na Zachodzie.

Nie zaszkodziłoby też, gdyby kilka głosów spośród nas, Amerykanów, protestowało przeciwko temu, co obecnie robimy w Europie Wschodniej (i co już zrobiliśmy w Azji, Ameryce Południowej, Afryce itp.).

Jednakże, mimo że Zachód musi się zmienić i zaprzestać eksportowania śmierci oraz szerzenia swojej kultury, młodzi chrześcijańscy pracownicy z pozostałych części świata muszą (1) odrzucić westernizację i amerykanizację swoich kościołów oraz amerykanizujące podejście organizacji para-kościelnych… i być może skonfrontować się z nimi w ich najsłabszym punkcie… w głębi duszy nie dbają one tak naprawdę o eklezję, ani nawet o tradycyjne kościoły; są oni samowystarczalną, niebiblijną formą życia. (2) Musicie zacząć budować zupełnie nową, organiczną, oddolną formę życia kościelnego. Pokażcie Zachodowi, dajcie przykład nam, Amerykanom, jak to się robi.

A może przyjmiecie amerykański sposób myślenia chrześcijan ewangelicznych?

Amerykański sposób myślenia chrześcijan ewangelicznych to kultura sama w sobie. Nie jest to kultura organiczna, oddolna, odzwierciedlająca wyraz naszej wiary zrodzonej z matrycy naszej ziemi [Angielskie „matrix of our soil” oznacza środowisko w którym wszystko co jest w glebie naturalnie oddziałuje na siebie], ale sztuczna, stworzona przez człowieka, sztywna, ograniczająca, krępująca subkultura, która ewoluowała przez dwieście lat tradycji. Nie „pasuje” do nikogo… nie jest rodzima dla żadnej kultury. Jest to amerykańska wersja 500 lat tradycyjnych rytuałów protestanckich.

Amerykanów trzeba uczyć… a nie naśladować. Nie mamy pojęcia o życiu eklezji. Znamy tylko agresywne, ofensywne, miażdżące, płytkie techniki sprzedaży. Jeśli chodzi o serce Boga – piękną oblubienicę – my, Amerykanie, jesteśmy ślepi na jedno oko, a drugim nie widzimy. Jesteśmy głusi na jedno ucho a drugim nie słyszmy.

Chcecie nas naśladować? 

Jeśli tak, to zasługujecie na to, co was czeka!

Albania! Rumunia, Czechy i Polska. Bułgaria. Miejmy nadzieję, że spośród was znajdą się tacy, którzy wypłyną pod wiatr.

Żywy, oddychający przykład tego, czym jest eklezja i jak nasze spotkania wyrażają naszą wiarę… taka deklaracja jest bardzo potrzebna. Stoicie u progu nowej ery w historii chrześcijaństwa waszego kraju. Nie patrzcie na nas. Weźcie garść swojej rodzimej ziemi. To właśnie ta ziemia zawiera waszą przyszłość.

Być może, powracając do sposobów działania naszych ojców założycieli, nie będziemy ewangelizować świata w ciągu jednego pokolenia! Ale będziemy ewangelizować świat prawdziwą istotą naszej wiary!… Czym ona jest? Piękną dziewczyną o imieniu Ecclesia!

Powyższy rozdział pochodzi z książki Gene Edwardsa –
„The Americanization of Christianity” 1993
Wydanie pierwsze (preprint)

Opublikuj komentarz