×

Zamerykanizowane chrześcijaństwo – Rozdział szósty

Zamerykanizowane chrześcijaństwo – Rozdział szósty

Ty i ja nie myślimy tak, jak chrześcijanie w pierwszym wieku. I prawdopodobnie nie zdajemy sobie sprawy, że wiele z naszych koncepcji uniemożliwia nam postrzeganie wierzących z pierwszego wieku takimi, jakimi naprawdę byli. Efekt? Niemal całkowicie brakuje nam wglądu w  dzieło eklezji… jej centralne miejsce zostało dla nas utracone

Omówienie obecnego ewangelicznego sposobu myślenia zajęłoby całą książkę. Na razie rozważmy tylko dwa aspekty naszego sposobu myślenia.

Po pierwsze, niezdolność obecnego chrześcijańskiego sposobu myślenia o Eklezji. Słowo „kościół” jest w naszym słowniku, ale nie brzmi w naszych duszach. Wierzący z I wieku postrzegał swoje życie w Chrystusie jako jednostkę. Ale widział siebie również jako „cząstka” żywego ciała. My widzimy tylko aspekt indywidualny.

No, cóż, chodzisz do kościoła? tak. Ale kiedy tam jesteś, słyszysz głoszoną ewangelię, która jest skierowana do ciebie, jako jednostki. Człowiek głoszący ewangelię nie mówi ci o potrzebie „wspólnoty odkupionych”. Wasze powiązania z osobami przebywającymi w tym budynku są zerowe. Nigdy nie przyszło wam do głowy, że możecie znaleźć się w sytuacji, w której albo się utrzymacie na powierzchni, albo utoniecie. W I wieku było tak; oni żyli codziennie w sytuacji, w której albo się utrzymywali na powierzchni, albo tonęli. Eklezja była miejscem, w którym żyli, i głównym elementem ich życia!

Wspólnota wiernych – eklezja nie jest obecna w umyśle współczesnego chrześcijanina, gdy rozważa on swoją drogę chrześcijańską.

Rozejrzyj się. Zobaczysz wszelkiego rodzaju organizacje religijne. Ewangelizują świat. To właśnie te grupy które budzą emocje. Są mobilne. Działają. Przyciągają wielu chrześcijan pod swój dach, ponieważ są ekscytujące. Chociaż są szkodliwym dziedzictwem, musimy również przyznać, że organizacje parakościelne są lata świetlne przed „chodzeniem do kościoła w niedzielny poranek” pod względem ekscytacji, zainteresowania, mobilności i tysiąca innych rzeczy.

Kościół jest  ślepy na swoje jałowe spotkania, powiela całkowity brak funkcjonowania ciała i straszliwą nędzę, jaką przynoszą nam niedzielne nabożeństwa. Można by powiedzieć, że kościół nie widzi eklezji, [a nawet często nią nie jest – dop. tłumacza]

Ta ekscytująca organizacja parakościelna, do której należysz, jest równie ślepa na cały duchowy sens istnienia eklezji i widzi tylko ewangelizację.

Czy słyszałeś kiedyś o teologii przebudzenia? Cóż, teologia przebudzenia to ruch parakościelny. Kiedy ruch parakościelny dociera do Pisma Świętego, po prostu nie dostrzega nawet Eklezji. Co zatem widzi umysł parakościelny w odniesieniu do Pisma Świętego? (Musisz to zrozumieć, bo inaczej możesz skończyć w ruchu parakościelnym z tym samym nastawieniem. A jeśli skończysz z takim nastawieniem, po prostu nigdy nie zrozumiesz, co mówi Nowy Testament).

No i proszę,  oto wyjaśnienie:

Umysł parakościelny widzi praktycznie każde zdanie w Nowym Testamencie mówiące tylko jedno:

1. Ludzie są zgubieni. Jesteś zgubiony. Zostań zbawiony.
2. Jesteś zbawiony. Masz tylko jedno zadanie: Zbawić tych, którzy są zgubieni.

W rzeczywistości ten sposób myślenia dostrzega w Piśmie Świętym jeszcze jedną rzecz: „Czytaj Biblię!”. Dziwne, że ci, którzy nie potrafią tego zrobić, są głównym przedmiotem zainteresowania wierzących z I wieku, którzy tak bardzo naciskają na jej czytanie. Ale będą cię również uczyć tego, czego naucza Nowy Testament. Kiedy skończą z tobą, będziesz ją czytał, patrzył na nią i nauczał, ale nigdy nie będziesz w stanie dostrzec w niej niczego poza teologią przebudzenia!

Teologia przebudzenia stała się głównym produktem eksportowym Amerykanów (z tego kraju) od około 1890 roku. To wszystko, co mamy! My, Amerykanie, to płytkie zrozumienie Pisma Świętego, wiary, Chrystusa i Eklezji.

Uważajcie! Nadchodzimy. Statkami, samolotami i samochodami. Jesteśmy obładowani najpłytszą teologią w historii chrześcijaństwa. Teologia przebudzenia. To wszystko, co mamy,  oprócz pieniędzy. I planujemy wciągnąć was do naszego ruchu para-kościelnego, naszych rad misyjnych, naszych wyznań i naszego sposobu działania. Wasza kultura, wasza kwaśna inteligencja, wasze społeczeństwo, wasz matrix, wasz duch… nie mają znaczenia . Nie robimy tego świadomie, ale jesteśmy tak pewni siebie, że mamy rację, że zamerykanizujemy was zgodnie z naszymi zwyczajami i nigdy nie dowiemy się, że to zrobiliśmy.

I nie myślcie, że nie możemy tego zrobić! Mamy zapał, mamy błogostan płytkości, mamy amerykańską sztukę sprzedaży i kompetencje we krwi. Jesteśmy również dziećmi Brytyjczyków. Uważamy się za lepszych od was i waszej kultury i uważamy, że mamy wam „pomóc” stać się bardziej podobnymi do nas. I nawet nie wiemy, że tacy jesteśmy.

Ale przede wszystkim mamy pieniądze!
Uważajcie, nadchodzimy!

W Albanii, gdzie – w pierwszym roku – 30 000 osób zostało doprowadzonych do Chrystusa, podczas gdy tylko 200 wytrwało do końca tego roku… jest to obrzydliwe, a jednak typowe. Nigdy nie udaje się tego powiązać. Jesteśmy zbyt zajęci pisaniem do domu o liczbie zbawionych. Poza tym, nie śmiemy liczyć nosów *, bylibyśmy zbyt zawstydzeni. Od jednego krańca planety po drugi, wstydzilibyśmy się. Byłaby to stuletnia hańba. Nasza niechęć do zobaczenia, Jak nikłe są rezultaty, sięga co najmniej tak daleko. Żal nam nas. Robimy to sobie sami od 150 lat.

* Fraza „nie śmiemy liczyć nosów” odnosi się do 2 Listu do Koryntian 10:12, który odradza porównywanie się z innymi, ponieważ jest to nierozsądne. Oznacza to, że nie należy oceniać swojej wartości, porównując swoje osiągnięcia lub status z innymi, zwłaszcza tymi, którzy promują siebie, lecz skupić się na swojej własnej, unikalnej drodze i celu.

Jak możemy z tym żyć?” Jak uspokajamy swoje sumienie? Jak usprawiedliwiamy brak rzetelnej analizy naszych chaotycznych metod, naszej całkowitej ślepoty i znikomej liczby nawróconych, którzy idą za Panem?

To proste.

Mamy wspaniałe historie, którymi możemy się podzielić. Nazywamy to naszą „skrzynią z trofeami” i naszą „wystawą”.  

Widzisz, jeśli podczas błyskawicznej ewangelizacji w mieście pozyskasz tysiąc osób dla Chrystusa, to zgodnie z matematycznym prawem średnich jeden lub dwóch nawróconych z pewnością „zostanie”.

Och! I prawie zawsze pozyskujemy tego nowego nawróconego do naszego ruchu para-kościelnego (rady misyjnej lub denominacji). Nazywa się to rekrutacją. Nazywa się to również władzą lub pieniędzmi.

W każdym razie, jedna dobra historia o jednym spektakularnym nawróceniu przesłania nam widok porażki ewangelizacji w stylu amerykańskim  w życiu tysięcy innych osób, których nie możemy  uwzględnić.

I możemy opowiedzieć tę historię w taki sposób, że wywoła dreszczyk, doprowadzi do łez, złamie wam serce i sprawi, że wstaniecie i wykrzykniecie „chwała”, a następnie przekażecie dużą sumę pieniędzy na rzecz organizacji parakościelnej – a nawet dołączycie do jej personelu!

Zbieramy pieniądze jak szaleni na kilku spektakularnych nawróceniach. Jeśli zastanawiacie się, skąd te amerykańskie organizacje biorą wszystkie swoje pieniądze, to właśnie z biuletynów (listów modlitewnych), które opowiadają te wspaniałe historie. Opowiadamy jedną lub dwie naprawdę wielkie, cudowne historie, a potem opowiadamy o 500 osobach, które zostały zbawione. Cóż, przeciętny chrześcijanin w jakiś sposób myśli, że wszystkie 500 nawróconych osób musiało być takie jak ta jedna. Więc wypisują czek.

A amerykańska organizacja wykorzystuje te pieniądze, aby wysłać do ciebie kolejnego Amerykanina. A jeśli tylko nadarzy się okazja, wciągniemy cię do naszego ruchu. (Zapłacimy ci więcej, niż kiedykolwiek zarabiałeś, ale znacznie mniej niż nam płacą. Jesteś „rodzimym” pracownikiem i nie masz tak dużego doświadczenia w sprawdzonych amerykańskich metodach tego „biznesu” ratowania dusz… dla Pana).

Wkrótce przejmiesz nasz sposób myślenia. Wkrótce  ty też będziesz pisał te biuletyny[newslettery] . Będziesz pisał „specjalną historię nawrócenia” i relację z pewnej podróży ewangelizacyjnej. I zaczniesz widzieć, jak napływają pieniądze. Będziesz na fali i będziesz promował tę organizację – z całych sił.

Zostaniesz zamerykanizowany. My, Amerykanie, lubimy nazywać to „międzykulturowym networkingiem”.

A aniołowie będą płakać. A duchowa głębia pozostanie na powierzchni. Krzyż zostanie zdjęty. Eklezja nie narodzi się w waszej ziemi, wasza kultura nigdy nie będzie miała czystej szansy na wyrażenie Chrystusa, wasze społeczeństwo nigdy nie pozna doświadczenia ani ciała Chrystusa, które pasowałyby do waszej rodzimej matrycy, a chrześcijaństwo w stylu amerykańskim będzie nadal szerzyć swoją wszechogarniającą płytkość. A umysł chrześcijanina w stylu pierwszego wieku pozostanie nieznany.

A jeśli wsłuchasz się bardzo uważnie, drogi rodzimy przyjacielu, usłyszysz w oddali koguta, który trzykrotnie zapieje!

Rozdział pochodzi z książki Gene Edwardsa
„The Americanization of Christianity” 1993

Opublikuj komentarz