Bóg i gitara
Kiedy po raz pierwszy pojawił się na spotkaniu tej wspólnoty, nie przypuszczał, że zostawi tam znaczną część swojego życia. Był wtedy młodszy, bardziej ufny i pełen nadziei. Nie przyciągnęła go muzyka ani charyzmatyczni mówcy, bo tego wszystkiego jeszcze właściwie nie było. Spotykali się w skromnych warunkach, w wynajętej sali, gdzie krzesła często trzeba było rozstawiać samemu, a nagłośnienie bardziej przeszkadzało niż pomagało. Mimo to wracał tam co tydzień, ponieważ miał wrażenie, że wśród tych ludzi naprawdę można spotkać Boga. W ich modlitwach dostrzegał szczerość, w rozmowach prostotę, a w nauczaniu gorliwość, która wydawała się płynąć z autentycznej wiary.
Mijały lata, a wspólnota rosła na jego oczach niczym drzewo wyrastające z małego nasiona. Najpierw przybywało ludzi. Potem pojawiły się większe pomieszczenia, coraz lepiej zorganizowane wydarzenia, coraz odważniejsze plany. To, co kiedyś przypominało rodzinne spotkanie przy wspólnym stole, zaczęło nabierać rozmachu dobrze zarządzanej organizacji. Wszyscy wokół mówili o błogosławieństwie, o wzroście, o nowych możliwościach, a on cieszył się razem z nimi. Przecież sam przez wszystkie te lata modlił się o rozwój. Sam zapraszał ludzi. Sam zachęcał znajomych do przychodzenia.
Kiedy po raz pierwszy zobaczył profesjonalną scenę, ruchome światła i zespół muzyczny grający z precyzją koncertowych muzyków, poczuł dumę. Wydawało mu się, że jest świadkiem czegoś wielkiego. Patrzył na setki ludzi unoszących ręce podczas pieśni uwielbienia i myślał, że właśnie tak musi wyglądać zwycięstwo Ewangelii.
Jednak z biegiem czasu coraz częściej wracał do domu z dziwnym uczuciem niedosytu, którego nie potrafił nikomu wyjaśnić. Niedzielne spotkania stawały się coraz bardziej imponujące, lecz jego serce pozostawało coraz bardziej puste. Muzyka była lepsza niż kiedykolwiek wcześniej. Kaznodzieje mówili z większą swobodą i pewnością siebie. Sale były pełniejsze. Budżety większe. Projekty bardziej ambitne. Wszystko zdawało się zmierzać we właściwym kierunku, a jednak coś w środku nieustannie zadawało mu pytanie, którego nie chciał słuchać.
Czy naprawdę zbliżasz się do Boga?
Przez długi czas skutecznie zagłuszał ten głos. Tłumaczył sobie, że przechodzi trudniejszy okres, że potrzebuje więcej modlitwy albo większego zaangażowania. Kiedy więc pojawiały się kolejne wezwania do wsparcia finansowego, odpowiadał bez większego zastanowienia. Przelewał pieniądze na konto wspólnoty, wspierał nowe inicjatywy, uczestniczył w zbiórkach, dawał dziesięcinę i dodatkowe ofiary. Wierzył, że inwestuje w Boże Królestwo. Nawet wtedy, gdy czasem brakowało mu na własne potrzeby, uspokajał sumienie myślą, że przecież Bóg widzi jego poświęcenie.
Dopiero po latach zauważył, że niemal nie pamięta kazań o pokucie, za to doskonale pamięta wszystkie zbiórki pieniędzy.
Ta myśl przestraszyła go bardziej, niż chciał przyznać.
Jeszcze bardziej niepokoiły go zmiany, które zachodziły wokół głównego lidera. Człowiek, którego kiedyś postrzegał jako oddanego sługę Chrystusa, coraz częściej przypominał kogoś stojącego w centrum własnego świata. Jego zdjęcia pojawiały się wszędzie. Jego słowa cytowano z nabożnym niemal szacunkiem. Jego wizje traktowano jak coś, czego nie należy kwestionować. Ludzie opowiadali o nim z zachwytem, który dawniej rezerwowali dla Boga. Za każdym razem, gdy próbował o tym myśleć, ogarniał go niepokój, lecz szybko odsuwał go od siebie. Nie chciał być krytykantem. Nie chciał należeć do tych, którzy wszędzie doszukują się zła.
Ale pytania wracały. Wracały podczas nabożeństw. Wracały podczas modlitwy. Wracały wieczorami, gdy siedział sam i czytał Ewangelię.
Coraz częściej odnosił wrażenie, że Jezus znajduje się gdzieś na drugim planie, podczas gdy cała uwaga skupia się na sukcesie organizacji, kolejnych projektach, kolejnych kampaniach, kolejnych wizjach. Słyszał wiele o wpływie, przełomach, autorytecie, namaszczeniu i wzroście, lecz coraz mniej o krzyżu, uniżeniu, świętości i naśladowaniu Chrystusa.
Najtrudniejsze było jednak to, że przez wszystkie te lata sam stał się częścią tego mechanizmu. Nie był przecież biernym obserwatorem. Oddał wspólnocie niezliczone godziny. Pomagał przy organizacji wydarzeń. Grał muzykę. Nosił sprzęt. Rozstawiał krzesła. Służył tam, gdzie był potrzebny. Zrezygnował z wielu rzeczy dla dobra dzieła, w które wierzył całym sercem.
A mimo to coraz wyraźniej dostrzegał, że gdyby pewnego dnia po prostu zniknął, machina nadal pracowałaby dokładnie tak samo.
Ta myśl bolała. Bolała bardziej niż błędne nauczanie. Bolała bardziej niż finansowe naciski.
Po tylu latach zaczął rozumieć, że jest potrzebny głównie wtedy, gdy coś robi. Gdy przynosi czas, energię, pieniądze i zaangażowanie. Natomiast jego własne życie, jego zmagania, jego pytania i jego duchowy głód wydawały się niewidoczne.
Przez wiele miesięcy żył w rozdarciu. Każda myśl o odejściu budziła lęk. W końcu gdzie miał pójść? Przez lata słyszał, że poza wspólnotą czeka duchowa pustynia. Słyszał historie ludzi, którzy odeszli i rzekomo zmarnowali swoje życie. Słyszał ostrzeżenia przed niezależnością, która miała prowadzić do zwiedzenia. Gdy próbował wyobrazić sobie przyszłość poza tym środowiskiem, ogarniała go samotność jeszcze zanim podjął jakąkolwiek decyzję.
Dlatego trwał… Jeszcze miesiąc… Jeszcze kilka tygodni… Jeszcze jedno nabożeństwo… Jeszcze jedna konferencja… Jeszcze jedna zbiórka… Jeszcze jedno kazanie.
Aż któregoś dnia poczuł, że dłużej już nie potrafi uciszać własnego sumienia.
Nie odszedł po kłótni. Nie odszedł po skandalu. Nie odszedł dlatego, że ktoś go obraził.
Odszedł dlatego, że coraz bardziej tęsknił za Bogiem.
Paradoks polegał na tym, że właśnie pośród religijnego tłumu zaczął się czuć najbardziej samotny.
Kiedy przestał przychodzić, świat nie zatrzymał się nawet na chwilę. Przez pierwsze tygodnie oczekiwał telefonów. Myślał, że ktoś zapyta, co się stało. Że ktoś zainteresuje się człowiekiem, którego przez tyle lat nazywano bratem.
Telefon milczał… Mijały dni… Potem tygodnie.
Niektórzy znajomi przestali się odzywać. Inni odpowiadali zdawkowo. Jeszcze inni zachowywali się tak, jakby stał się niewygodnym przypomnieniem czegoś, o czym nie chcieli myśleć.
Najboleśniejsze przyszło później.
Dowiedział się, że liderzy przedstawiają jego odejście jako dowód Bożego działania. Ktoś przekazał mu słowa, których długo nie potrafił wyrzucić z pamięci. Mówiono o oczyszczeniu. Mówiono o niewłaściwej postawie. Mówiono o człowieku, który nie chciał poddać się Bożemu prowadzeniu.
Po latach służby został sprowadzony do problemu, którego organizacja się pozbyła.
Tamtego wieczoru długo siedział sam w domu. Nie było już świateł scenicznych, nie było tłumu ludzi, nie było liderów, nie było atmosfery wielkiego wydarzenia. W pokoju panowała cisza, a na ścianie wisiała stara gitara, pamiętająca jeszcze czasy sprzed całej tej historii.
Zdjął ją powoli… Usiadł. Przesunął dłonią po strunach.
I nagle przypomniał sobie człowieka, którym był wiele lat wcześniej. Tego młodego chłopaka, który nie szukał wielkich scen, wpływu ani religijnych sukcesów. Chciał tylko znać Boga.
Kiedy zaczął śpiewać, głos łamał mu się od wzruszenia. Nie śpiewał już dla publiczności. Nie śpiewał dla liderów. Nie śpiewał dla organizacji. Nie próbował nikomu niczego udowadniać. Po raz pierwszy od bardzo dawna śpiewał tak, jak śpiewa się w obecności Przyjaciela.
W ciszy tamtego wieczoru odkrył coś, czego nie potrafiły dać mu lata religijnej aktywności.
Odkrył, że można stracić wspólnotę i nie stracić Chrystusa.
Można stracić pozycję i nie stracić Boga.
Można zostać odrzuconym przez ludzi, a mimo to pozostać przyjętym przez Tego, który nigdy nie budował swojego królestwa na ludzkiej lojalności.
I kiedy siedział samotnie z gitarą na kolanach, pośród ciszy, bólu i niepewności, po raz pierwszy od wielu lat nie czuł pustki.
Bo choć zabrano mu przyjaciół, poczucie przynależności i świat, który budował przez tyle lat, pozostało coś, czego nie zdołała odebrać żadna organizacja.
Został mu Bóg.
I gitara.
A czasem właśnie od tego zaczyna się droga powrotna do domu.
Marek
Przestańcie bawić się w kościół –
https://www.facebook.com/100064697376432



Opublikuj komentarz