Jezusa tutaj nie ma…
W tym roku poruszyła mną książka, właściwie maszynopis Edwardsa Gene „Zamerykanizowane chrześcijaństwo”. Książka została wydana w 1994 roku. Wczoraj wyciągnąłem z szafy wydrukowaną z plików PDF część książki Paula Vieira „Jezusa tutaj nie ma” z 2006 roku. Napisana dziesięć lat po „Zamerykanizowanym chrześcijaństwie” książka zawiera podobne tezy, jest ponad czasowa i daje wiele do myślenia nam żyjącym w 2026 roku. Więc wracam do niej i na moim KILKAMINUT.PL, w szufladzie Zdewastowane chrześcijaństwo, znajdziecie sukcesywnie dodawane rozdziały. Dziękuję Sławkowi za tłumaczenie, a już dzisiaj udostępniam prolog i pierwszy rozdział.
Prolog
„Nie mów mi, że tego nie czujesz! Czy miałeś kiedykolwiek większe poczucie przeznaczenia, niż w tej właśnie chwili?” Takie pytanie zadał mi przyjaciel późną nocą w jego samochodzie, jadąc krętą drogą w południowej Minnesocie. Wracaliśmy do domu z konferencji w Twin Cities. Miał rację. Czułem to i było to coś, czego nigdy do tej pory nie znałem.

Zostałem poproszony o nauczanie podczas warsztatów na chrześcijańskiej konferencji i zaplanowane były jako ostatni punkt programu podczas weekendu. Do tego czasu wszyscy uczestnicy zdążyli zmęczyć się wszystkimi aktywnościami tych kilku dni. Jedynie około 20 osób przyszło na moją sesję zatytułowaną Kościół w 2007 roku. Miałem pewne wątpliwości czy temat mojego warsztatu mógł konkurować z innymi sesjami, w pokojach po obu naszych stronach. Z jednego końca warsztat muzyki uwielbienia wybrzmiewał dźwiękami rogu i cymbałów, przenikającymi do naszego pokoju. Z drugiej strony, słyszeliśmy krzyczącego mężczyznę; to był warsztat nauczający wierzących prorokowania. Poczułem że Bóg rzeczywiście objawia mi coś proroczego przez to doświadczenie. Inne bardziej popularne zagadnienia w kościele zdawały się zagłuszać to, co ja miałem do powiedzenia. W tamtym czasie, kościół ogólnie wydawał się nie być
gotowy na to przesłanie.
Byłem zadziwiony, że pomimo hałasu, ci którzy pozostali na moich zajęciach słuchali mnie. Mało tego, jeden człowiek upadł na kolana tuż przede mną, kiedy nauczałem, zaczął płakać i wyznawać
grzechy. Nigdy wcześnie mi się to nie przydarzyło. Boża obecność w pokoju była bardzo silna, i pomimo tego, że ta mała grupa była mniejszością wierzących na tej konferencji, Bóg potwierdzał nam prawdę i zasadność tematu, który teraz stał się głównym przesłaniem tej książki.
Tamtej nocy w samochodzie mój przyjaciel przywołał wiele z rzeczy, które usłyszał podczas moich warsztatów. Był bardzo podekscytowany. Powiedział mi, że powinienem napisać książkę. To było to, moment przeznaczenia. Niemalże nie mogłem znieść nieprzepartego poczucia przynaglenia, aby napisać tą książkę. Natychmiast zrozumiałem, że to jest coś, co muszę zrobić. To było boskie upoważnienie. Zdarzyło się to ponad cztery lata temu i lektura, którą chcesz się zająć została zrodzona właśnie wtedy.
Jezusa Tutaj Nie Ma to historia o mnie, pokoleniu do którego należę i tym, gdzie jak wierzę, Jezus zabiera swój kościół. Pierwsza połowa tej książki opisuje to jak Bóg w unikalny sposób przygotował światową kulturę młodzieżową, aby przeniosła sposób wyrażania zachodniego Chrześcijaństwa na zupełnie nowy poziom. W zasadzie książka ta nie ogłasza niczego nowego. Jest to jedynie wizja tego, co już się wydarzyło i co będzie miało miejsce ponownie. Rozpatruje to, co Bóg uczynił w przeszłości, po to aby zrozumieć Jego działania dzisiaj. Musimy spojrzeć do tyłu, aby móc ruszyć do przodu. Druga połowa książki ujawnia pewne tajemnice i lekcje, których możemy się uczyć od kościoła, który rozpoczął Jezus.
Książka ta „nie traci wysiłku” na krytykowanie kościoła. Moim celem nie jest atakowanie zorganizowanego kościoła. Nie chcę dodawać kolejnego podziału czy kontrowersji w ciele Chrystusa. Byłoby to zbyt pyszałkowate i bardzo zasmucające Bożego Ducha. Ta książka odzwierciedla moją osobistą i bardzo bolesną podróż z dala od instytucjonalnego Chrześcijaństwa. Czynnikiem powodującym moje poszukiwania nowych doświadczeń z „kościołem” było rosnące, wewnętrzne niezadowolenie z alarmującego kontrastu pomiędzy tym co czytałem w Ewangeliach a Chrześcijaństwem, które znałem.
Książka te prezentuję wizję „kościoła według Jezusa”, która najprawdopodobniej zacieni wszystko co od niej odstaje. To nie jest książka o kościołach domowych. W zasadzie wykracza ona ponad ideę zabrania „kościoła” i przeniesienia go do domu. Nie zamierzamy zajmować się w niej zwiastowaniem udanej albo poprawnej formy czy modelu kościoła. Przeciwnie, ta książka prezentuje rzeczywistą możliwość całkowitego pozostawienia „kościoła” (takiego jaki znamy), aby doświadczyć autentycznego wyrażania Chrystusa tam, w prawdziwym świecie.
Nie jest to również kolejna książka o tym jak docierać i służyć ludziom postmodernistycznym. I chociaż krótko wyjaśnię kilka istotnych aspektów postmodernizmu, będzie to jedynie w celu zrozumienia tego jak Bóg używa kultury, aby przygotować grunt na to, co chce czynić dalej. Jest to prorocza książka, w tym znaczeniu, że patrzy na nasze czasy z Bożej perspektywy i porównuje to jak On działał w poprzednich okresach, szczególnie biblijnej, historii. Mam nadzieję, że Jezusa Tutaj Nie Ma przyniesie zrozumienie zarówno dla tych, którzy wciąż pozostają w formalnych strukturach kultu oraz tych na duchowej ścieżce poza zorganizowaną religią.
Moim pragnieniem jest, abyście ujrzeli Bożą dłoń przygotowującą Jego ludzi na wspanialsze objawienie Jego chwały, jakiego ziemia nie widziała. Bóg przemieszcza Swoich przedstawicieli, aby byli blisko, aby pokazywali i opowiadali osobę Jezusa wielu tym, którzy nie uwierzyli Ewangelii. Również ty, podążając za prowadzeniem Jezusa, możesz uczynić wielki krok w tym kierunku. Jezusa tutaj nie ma. Nie chciałbyś zobaczyć dokąd poszedł?
Rozdział pierwszy
Poza murami
„Twoja służba musi umrzeć!” Pamiętam te słowa jakby to było wczoraj, a jednak przemówiły do mnie już ponad dekadę temu. W tamtym czasie prawdopodobnie nie było bardziej przerażających słów, które mogłyby zostać wypowiedziane pod moim adresem. Po blisko pięciu latach, coś dla mnie bardzo drogocennego zbliżało się do końca. Byłem skonsternowany. Szczerze mówiąc, płakałem jak dziecko. Bo to niejako było „moje dziecko”! Jak Bóg mógł mi powiedzieć, że muszę to zostawić?
PRZYJDŹ POD KRZYŻ
Wszystko to zaczęło się na chrześcijańskim obozie rodzinnym, kiedy miałem piętnaście lat. Pod pięknym nocnym niebem poprosiłem Boga, aby wziął moje życie i użył mnie w sposób, jaki tylko zechce. Jedyny sposób w jaki mogę wytłumaczyć to co się wtedy stało to to, że Bóg podniósł mnie do swojej miłującej twarzy, mówiąc: „Paul, potrzebuję Ciebie”. Wiem, że nie ma to żadnego teologicznego sensu. Bóg nie potrzebuje niczego. On jest doskonale kompletny sam w Sobie. A jednak, Ojciec łaskawie przemówił do tego nastolatka, że werbuje go do swoich celów. Zaakceptowałem to.
Następnego wieczora, po uwielbieniu w kościele, zabrałem gitarę i moich przyjaciół na plażę, abyśmy uwielbiali Boga dalej. Robiliśmy to każdego wieczora przez jedenaście dni płacząc, śmiejąc
się, modląc, kłaniając i tańcząc na piasku. Ogień zapłonął w naszych sercach. Jeśli tylko bym wiedział jak głęboko ten płomień będzie się palił.
Zabraliśmy ten ogień do domu. To co zdarzyło się na obozie nie pozostało tam jak zakopany skarb. Po powrocie do Winnipeg, naszego rodzinnego miasta, zaprosiłem wszystkich moich młodych przyjaciół do domu moich rodziców, abyśmy wspólnie modlili się i uwielbiali Boga. Spotykaliśmy się formalnie raz w miesiącu, a nieformalnie cały czas. Kochaliśmy wspólnie przebywać z Jezusem. Zaczęliśmy od dziesięciu osób, ale już po kilku miesiącach około pięćdziesiąt osób tłoczyło się w piwnicy naszego domu. Wiedzieliśmy, że Bóg rozniecił ogień, który się rozprzestrzenia.
Pewnego popołudnia kilkoro z nas spotkało się, aby porozmawiać na tematu kierunku, w którym mieliśmy pójść. Czuliśmy, że Bóg wzywa nas, abyśmy przenieśli się z mojego domu do bardziej publicznego miejsca. Zdecydowaliśmy, aby powołać służbę Przyjdź Pod Krzyż, której celem będą comiesięczne spotkania młodzieżowe skoncentrowane na chwale i uwielbieniu, zwiastowaniu Jezusa i uwalnianiu z opresji młodych ludzi przez moc modlitwy.
Pierwsze publiczne spotkanie odbyło się w budynku kościelnym we wrześniu 1988, na którym pojawiło się ponad 100 osób. Siłą rozpędu comiesięcznych spotkań, już rok później mieliśmy ponad 700
nastolatków przychodzących co miesiąc na nasze zgromadzenia. Trwały one często długo ponad cztery godziny. Śpiewaliśmy i tańczyliśmy jak król Dawid. Często wspominam te czasy. Setki młodych ludzi nie przychodziłyby posłuchać kiepskiej kapeli, aby oglądnąć dobry spektakl czy rozerwać się przy pół-profesjonalnej prezentacji religii. To było coś czystego. To było prawdziwe. To było coś z pasją, a nauczyciele byli ich rówieśnikami. Grupa uwielbienia, kaznodzieje i grupy służby – wszyscy mieli poniżej dwudziestu lat.
Niektórzy ze starszych w kościołach dookoła nas zastanawiali się, jak Bóg mógł użyć nieprzeszkolonej młodzieży do tak odpowiedzialnej służby. Religijna elita w czwartym rozdziale Dziejów Apostolskich podobnie kwestionowała to, kiedy kilku nieuczonych rybaków rozpoczęło przewracać Jerozolimę do góry nogami, głosząc królestwo Boże. Muszę przyznać, że pod wieloma względami byłem lepszym przywódcą kiedy miałem siedemnaście lat, polegając na zależności od Ducha Świętego, a nie na „trikach”, których nauczyłem się później w trakcie szkolenia do służby. Tragicznym jest, że możesz nauczyć się zdobywać wiedzę bez objawienia, zwiastować bez namaszczenia i prowadzić słowami, a nie przykładem. Służba
spowszedniała mi i dotarłem do miejsca, gdzie musiałem pokutować za poleganie na samym sobie. Teraz powróciłem do miejsca, gdzie zaczynałem – zależności od Jezusa.
Ale w tamtych dniach, kiedy sami nie wiedzieliśmy co robimy, rozpaczliwie potrzebowaliśmy pomocy Ducha Świętego. O poranku podczas naszych zlotów przyjeżdżaliśmy do budynku o 10:00, aby ustawić sprzęt nagłośnieniowy. Odbywaliśmy krótką próbę muzyczną, zamawialiśmy kubełek kurczaków i mieliśmy przerwę na lunch. To był nasz rytuał. Następnie wycofywaliśmy się do ciemnego pokoju w piwnicy budynku, gdzie leżeliśmy czekając na Boga, aż do rozpoczęcia spotkania. Czekaliśmy na Jego głos przez pięć do sześciu godzin, najczęściej modląc się, czasem śpiąc. Braliśmy instrukcje od Boga odnośnie wszystkiego co miało wydarzyć się podczas spotkania. W tym pokoju kształtowało się nasze poczucie Bożej obecności, tak że mogliśmy podążać nawet za najmniejszymi zmianami w powiewie Ducha. Bóg był zawsze wierny i pokazywał nam drogę. Czy nie to właśnie preferuje Bóg?
Jednym z efektów tego długiego czasu oczekiwania na Boga było uwolnienie cudów i uzdrowień. Pewnej nocy przed naszym spotkaniem Przyjdź Pod Krzyż [nazwa wspólnoty], Bóg przemówił do mnie, że pojawi się na nim osoba niesłysząca. Bóg chciał uzdrowić tą osobę i pokazał mi, że On sam wyznaczy dokładny moment tego wieczoru, kiedy to się stanie.
Podczas śpiewania ciągle pytałem Pana o ten moment uzdrowienia, ale nie było odpowiedzi. Kiedy przyszedł czas ogłoszeń kolejnych wydarzeń usłyszałem „Teraz!” od Ducha Świętego. Mój umysł szybko odrzucił ten moment jako właściwy (ogłoszenia są przecież takie „nieduchowne”), ale jako że jest bezcelowym spieranie się z Kimś kto zawsze ma rację, przerwałem w pół zdania i spytałem czy jest na sali ktoś, kto przyszedł tu z osobą niesłyszącą.
Z pośród setek młodzieży była tam jedna osoba, która była zupełnie głucha na jedno ucho. Wyszedł do przodu przed cały tłum i przeprowadziliśmy mały test tego, co rzeczywiście słyszy zanim się modliłem. Po modlitwie sprawdziliśmy ponownie i okazało się, że Bóg go uzdrowił. Całe miejsce wybuchło uwielbieniem i wiarą. Zaraz potem zauważyłem kolejkę ludzi, którzy chcieli być uzdrowieni. Bóg uczynił wiele cudów tego wieczora. Były osoby, który przyszły na spotkanie o kulach, a wychodziły z niego biegając wokoło bez pomocy. Płynęły łzy, serca były zachęcone, a Bóg został uwielbiony. To był święty moment.
„CHCĘ CZYNIĆ TO SAMO POZA MURAMI”
Przez większość mojego nastoletniego życia doświadczałem miejscowych przebudzeń. Widzieliśmy tysiące młodych ludzi, którzy przewinęli się przez nasze drzwi. Wielu z nich zostało naśladowcami Jezusa przez naszą służbę. Widzieliśmy dziesiątki cudów i setki nastolatków duchowo odnowionych. Ten ruch nie wykazywał żadnych oznak spowolnienia. Miałem wielkie plany odnośnie tej służby. Mieliśmy nadzieję zakładać kościoły na całym świecie i sądziłem, że będę pracować z tymi ludźmi przez resztę mojego życia.
Nie było niczego na świecie ważniejszego dla mnie, dlatego kiedy usłyszałem Boży głos, aby to zakończyć – nie mogłem zrozumieć dlaczego. Płakałem i ubolewałem z tego powodu. Powiedziałem Ojcu, że naprawdę potrzebuję, aby potwierdził swoją wolę i przemówił do pozostałych członków zespołu.
Niedługo potem mieliśmy spotkanie i jeden po drugim zaczęliśmy dzielić się poczuciem, że Przyjdź Pod Krzyż powinno się zakończyć. Nie było jednocześnie żadnych bezpośrednich przesłanek do zamknięcia służby. Bynajmniej, widzieliśmy więcej owocu i dojrzałości w naszej służbie w ostatnim roku działalności, niż kiedykolwiek wcześniej. Nie rozumiałem tego, ale wiedziałem co mówił Bóg. Byliśmy więc Mu posłuszni i nasze ostatnie spotkanie odbyło się we wrześniu 1992.
Zakończyliśmy z hukiem. Świętowaliśmy wszystko to, co Pan uczynił w trakcie pięciu lat tego duchowego przebudzenia młodzieży. W powietrzu czuć było ekscytację, jak również smutek, dlatego że coś tak wspaniałego dla wielu z nas zbliżało się do końca.
Zwiastowałem tego wieczoru przesłanie, które było bardziej odpowiednie, niż zdawałem sobie wtedy z tego sprawę. Czułem, że Bóg nieznacznie odsłonił przede mną to, dlaczego chciał zakończyć tą
służbę. On prawdziwie poruszał się wśród nas, ale większość z tego wszystkiego mieściła się w czterech ścianach budynku kościoła. Tamtego ostatniego wieczora powiedziałem coś takiego: „Bóg pragnie zabrać wszystko to, co dzieje się tutaj i powtórzyć poza murami” . W Bożym sercu było to, aby odebrać chwałę w zwykły sposób, w prawdziwym świecie. Jezus opuszczał budynek.
Szczerze mówiąc, nie miałem zielonego pojęcia, co Bóg miał na myśli przez stwierdzenie „poza murami”. On chciał, aby Przyjdź Pod Krzyż umarło, ponieważ miał coś nowego dla nas. W jakiś sposób wiedziałem, że jeśli będziemy kontynuować to, co robimy, nie tylko ominie nas ta nowa rzecz, ale być może nawet przeciwstawimy się jej. Kiedy obudziłem się w poniedziałek następnego tygodnia powiedziałem do Pana „Jestem gotowy – niech to się stanie!”. Nie wiedziałem zupełnie czym może być ten nowy ruch Boga, ani nie oczekiwałem, że następne dziesięć lat mojego życia będzie wypełnione bólem, rozczarowaniem i ciemnością. On mnie przygotowywał.
PASTOR, KTÓRY NIENAWIDZI CHODZIĆ DO KOŚCIOŁA
Po zakończeniu służby Przyjdź Pod Krzyż rzuciłem się w służbę w moim lokalnym zgromadzeniu. Byłem młodym człowiekiem pełnym wizji i podekscytowania tym, co mogę robić w kościele. Szybko piąłem się po szczeblach kariery w służbie i przyciągnąłem uwagę przywódców. Było to na krótko przed tym jak zostałem zatrudniony do pracy z młodzieżą i ewangelizacji. Miałem swoje dwadzieścia kilka lat i pracowałem w wielkim, odnoszącym sukcesy kościele. Zasiadałem ze starszymi na najwyższym poziomie kościelnej administracji, ucząc się i przygotowując do przejęcia przywództwa. Jednak coś zaczęło we mnie umierać. Zacząłem zadawać to pytanie.
Czy znasz to pytanie? To jest pytanie, które powoduje innowacje. To jest pytanie o reformy. O to samo pytał Marcin Luter tego fatalnego dnia, kiedy czołgał się po schodach katedry w pokucie za swoje grzechy. Z okrwawionymi kolanami spytał samego siebie „Dlaczego?” „Dlaczego ja to robię?” „Po co my wszyscy to robimy?” Dzieci instynktownie pytają o to, o co dorośli przestali już pytać. One zawsze chcą się uczyć, przystosowywać, zmieniać, podczas gdy my jesteśmy ukołysani w głębokim śnie pasywności i stagnacji. Być może właśnie z powodu tego pytania czytasz teraz tą książkę.
Zacząłem doświadczać niesmak zorganizowanego „Chrześcijaństwa”. Łapałem samego siebie na nieustannym pytaniu dlaczego. Dlaczego poświęcamy więcej czasu na projekt rozbudowy budynku, niż na rozpadające się małżeństwa naszych przywódców? Dlaczego nasi pracownicy obniżali swoje pensje, aby pokryć rosnące koszty czynszów? Dlaczego poświęcamy tyle czasu na próby zorganizowania naszego kościoła, podczas gdy po drugiej stronie ulicy byli zranieni i zgubieni ludzie? Dlaczego wydajemy tysiące dolarów i marnujemy czas na ewangelizacyjne wyjścia, nie widząc żadnych owoców? Dlaczego każdy musi mówić to samo i wyglądać tak samo, aby być zaakceptowanym? Dlaczego byliśmy wszyscy tacy samotni, mimo że widzieliśmy się trzy lub cztery razy w tygodniu na spotkaniach w kościele?
Pojawiła się okazja, abym objął posadę pastora małego kościoła za miastem. Desperacko potrzebowałem czegoś nowego. Moje postrzeganie służby w kościele potrzebowało natychmiastowej reanimacji. Przyjąłem propozycję naiwnie sądząc, że być może jako „pastor” będę mógł uniknąć niektórych pułapek, których doświadczyłem w poprzednim kościele. Byłem w błędzie. Nie wiedziałem tego wtedy, ale Bóg prowadził mnie prosto w rozczarowanie, w którym będę pragnął czegoś innego. On umieszczał mnie dokładnie tam, gdzie powinienem być.
To pytanie prześladowało mnie i pytałem samego siebie „Dlaczego?” każdego niedzielnego poranka kiedy jechałem do „kościoła”. Przez cały rok, każdego sobotniego wieczoru uderzała mnie depresja, kiedy myślałem o nabożeństwie kolejnego dnia. Co się ze mną działo? Moja wiara w to, co robiłem zaczęła zanikać.
Wydaje się, że odczuwałem wiele różnych rzeczy w tamtym czasie. Jako „pastor” byłem pod niezwykłą presją, aby nadawać biegu rzeczom. Nienawidziłem poczucia, że byłem odtwórcą. Nie ważne jak
bardzo zwiastowałem na temat służby wszystkich wierzących, walczyłem z setkami lat tradycji, która mówiła coś innego. To było większe ode mnie. Czułem również, że ludzie którym przewodziłem nie potrzebowali już więcej „karmienia”. Przychodzi taki czas, że wierzący powinni dojrzeć do momentu, kiedy sami będą w stanie się nakarmić i zaczną karmić innych. Dzisiaj wiemy już tak wiele. Dlaczego tyle Chrześcijan pozostaje niemowlętami? Zdałem sobie również sprawę z tego, że byłem samotny w ścianach kościoła i nie miałem żadnych przyjaciół poza nimi. To, co robiłem było zupełnie nieadekwatne dla ludzi w naszej kulturze, szczególnie dla kolejnych pokoleń.
Czy wiesz o czym mówię? Masz poczucie, że coś jest nie tak? Nasza kultura wydaje się mieć problem z „instytucjonalną religią”. Czy oni widzą coś, czego my nie dostrzegamy?
ORGANICZNY?
Chciałbym dać wam prymitywną definicję tego co rozumiem przez „organiczny” kościół. Mówię prymitywną ponieważ pozostała część książki dopełni obrazu. Może zechciałbyś sprawdzić definicję
słowa organiczny w słowniku. Jeśli tak, to odkryjesz, że to słowo opisuje rzeczy odnoszące się lub należące do klasy związków chemicznych, których podstawą jest węgiel, a tylko żywe organizmy posiadają węgiel w podstawie. Dlatego organiczny jest słowem odnoszącym się do życia, aż do jego chemicznej konstrukcji. Jeśli coś jest organiczne, jest żyjące lub jest produktem czegoś żyjącego. Kościół jest żyjącym, oddychającym bytem. Jest on ciałem Jezusa.
Organiczny może również odnosić się do czegoś czystego od syntetycznych substancji chemicznych lub wstrzykniętych dodatków. To jest znaczenie, które rozumiemy mówiąc organiczna żywność. Jest ona czysta, prosta, zdrowa i bliska naturze. Niestety, wiele z naszych kościołów nie może być opisanych w ten sposób. Zostały zainfekowane syntetycznym materiałem, stworzonym przez człowieka toksycznym związkiem cielesnej natury.
To co tradycyjnie nazywamy „kościołem” jest często dwoma podmiotami, mieszanką mechanicznych i biologicznych elementów skupionych razem. Istnieją dwa kościoły, kościół instytucjonalny i kościół organiczny. Obrazem, który widzę jest żyjąca roślina spleciona ze sztucznym, bezdusznym kwiatem. Sztuczny kwiat wygląda na prawdziwy, ale nie jest żywy i nie przynosi owocu. Jest to nieorganiczny, sztuczny kwiat, który mylnie nazywamy kościołem. Może to być organizacja kościelna, ale nie sam kościół. Powstaje pytanie: „Czy taka organizacja dokładnie nadaję się, aby wypełnić zasadnicze zadanie służby Chrystusa na ziemi?” Zbyt często widzimy, że jej mechaniczne części nieuchronnie ograniczają i powstrzymują prawdziwe życie jej organicznych członków.
Z mojego doświadczenia, kochałem przebywać z Bożymi ludźmi. Ale było między nami coś, co ingerowało w nasze relacje i wspólne życie. Ten subtelny, ale bardzo silny system wartości i praktyk, które nie wydają się mieć swoich korzeni w Jezusie. Często używam zamiennie następujących określeń (czasami humorystycznie), aby opisać te ograniczenia: instytucjonalny kościół, zorganizowany kościół, religijny system, ten system, machina korporacyjna, potwór, budynek, matrix. Będę też często dawał określenia kwestionujące słuszność „kościoła”. Kiedy to się stanie, pamiętaj proszę, że nie mam na myśli prawdziwego kościoła, składającego się ze wszystkich wierzących w Chrystusie, ale organizację zwykle określaną jako „kościół”.
Zatem jak definiuję „budynek”? *1 Czym jest dokładnie to, co Jezus rzekomo opuszcza, gdzie Jego nie ma? Być może zmagasz się z instytucjonalnym rozumieniem, jeśli podtrzymujesz i akceptujesz następujące idee odnośnie „kościoła”
- To miejsce, do którego się idzie
- Ma miejsce konkretnego dnia tygodnia
- Istnieją profesjonaliści, którzy mówią co masz robić
- Wszystko czego się wymaga to obecność i płacenie datków
- Istnieje hierarchiczna struktura rozkazów
- Spotkania rozpoczynają się bez ludzi
- Posiada komisje i rady
- Ma swój program
- Ma wspólną wizję
- Ma wspólną nazwę
- Oddziela od innych wierzących
- Bardzie skupia się na strukturze niż zawartości
- Jakość jest poświęcona dla ilości
Ryzykuję być bardzo łatwo źle zrozumianym. Możesz pomyśleć, że jestem przeciwnikiem struktury. To nie jest to, co chcę zakomunikować. Struktura jest cechą samego życia. Usunięcie struktury pozbawia całkowicie produktywności. Nasze ciała nie byłyby w stanie nic zrobić bez delikatnej równowagi między systemem szkieletowym i mięśniami. Bylibyśmy dosłownie kałużą na ziemi, niezdolną do aktywności potrzebnych do utrzymania nas przy życiu. Jednakże czy struktury, które zwyczajowo nazywamy „kościołem” są odpowiednio określone? Kościół jaki znamy dzisiaj wygląda skrajnie odmiennie od tego czym był na początku. Ale rzeczy się zmieniają.
Struktury się zmienią tylko dlatego, że to co muszą pomieścić jest czymś zupełnie nowym. Zawsze jeśli masz młode wino, tak jak ujął to Jezus, musisz wlać je do nowych bukłaków. Chrześcijaństwo jakie znamy ulega przeobrażeniu *2 i jego wygląd będzie rzeczywistością, jakiej większość z nas nie widziała już od dłuższego czasu, być może nawet od dwóch tysięcy lat.
Teraz prawdopodobnie zyskałem twoją uwagę. Zaufaj mi, jeśli będziesz kontynuował ze mną tą podróż, nie uwierzysz dokąd się udamy. Jezus jest tym, który wyznacza kierunek.
* 2 Z ang. morphing – technika przekształcania obrazu polegająca na płynnej zmianie jednego obrazu w inny, stosowana w filmie i animacji komputerowej (źródło Wikipedia)
Fragment książki Paula Vieira „Jezusa tutaj nie ma” [ang. Jesus has left the building]
PDF wersji anglojęzycznej znajduje się pod adresem: –
https://followingtrusting.com/wp-content/uploads/2017/03/jesus-has-left-the-building.pdf



Jeden komentarz