×

Opuściliśmy źródło wód żywych, aby pić brudną wodę z cystern 

Opuściliśmy źródło wód żywych, aby pić brudną wodę z cystern 

„Gdyż mój lud popełnił dwojakie zło: Mnie, źródło wód żywych, opuścili, a wykopali sobie cysterny, cysterny dziurawe, których wody zatrzymać nie mogą” (Jer.2,13). 

Pasuje to do pytania Jeremiasza, które znajdujemy w następnym wierszu: „Czy Izrael jest niewolnikiem…? Dlaczego więc stał się łupem?” (Jer.2,14). 

Czy może być coś takiego, że wybrany lud Boży odwraca się od świeżego źródła wód żywych i opuszcza je, aby pić mętną „zupę” z zanieczyszczonej, skażonej zarazkami chorobotwórczymi studni? Woda, którą Jezus zaproponował kobiecie przy studni Jakuba, woda, która gasi pragnienie na wieki — czy rzeczywiście można nią wzgardzić, by pić wodę ze skażonej, płytkiej studni? 

Któż nie nazwałby głupcem takiego człowieka, który przechodzi obojętnie obok przejrzystego artezyjskiego źródła, a potem schyla się, aby pić z brudnej kałuży? A jednak cóż innego czynią chrześcijanie, łykając brud oferowany przez telewizję? Czy nie wystarcza ci już czysta, przejrzysta woda płynąca w twojej komorze, gdy się modlisz? Czy musisz wstrzymywać w sobie Boży strumień, aby pić z brudnej cysterny, którą sam sobie wykopałeś? Ile czasu spędzamy przed telewizorem w porównaniu z czasem modlitwy za naszych krewnych i za zgubiony świat? Czy w godzinie oczekiwania na nadchodzący sąd możemy marnować czas, zajmując się takimi głupstwami? 

W niedzielę wieczorem Chrystus spogląda na nasz naród i z pewnością jest smutny z powodu wielu, wielu chrześcijan, którzy przyjemnie sobie siedzą przed swoimi telewizorami i łapczywie chłepczą brudną wodę. Cóż innego może On, który jest przecież naszym orędownikiem przed Ojcem, powiedzieć do Boga, niż: „Mój lud opuścił Mnie, źródło wód żywych. Woli cysterny”. 

Niestety, coraz bardziej smakuje nam brudna woda, chociaż za żadną cenę nie przyznalibyśmy się, jak bardzo jesteśmy już przez nią chorzy na ciele, duszy i duchu. Ledwie garstka wierzących przychodzi w niedzielny wieczór do żywego źródła. Większość Kościołów, włącznie z baptystami i zielonoświątkowcami, musiała zrezygnować z niedzielnych nabożeństw wieczornych, ponieważ wierzący wolą zostać w domu i karmić swe nieśmiertelne dusze brudem pochodzącym z piekła. Aby przynajmniej chociaż kilku zwabić do kościoła oferuje się często jakiś chrześcijański film lub koncert, ale zbór nie może po prostu konkurować z telewizją. Gdzie są wszyscy wierzący? W domu — łapczywie piją, z powodu tego płacze całe niebo. I chociaż brzmi to nieprawdopodobnie, wydają się oni nie mieć nigdy dosyć tej zatrutej wody; ciągle wracają do niej i piją wielkimi łykami. Czy Bóg, milcząc, nie będzie nam przeszkadzał, czy raczej osądzi nas za to? 

Zastanów się nad tym, co Bóg powiedział do nas: „Już nie wystarczam Mojemu ludowi. Nie mogę już dłużej zaspokajać jego pragnienia i zadowalać go. Moje dzieci porzuciły Mnie jako swe źródło i pragną innej wody! Zwróciły się ku pożądliwości ciała i oczu, już nie pragną Mnie!” 

Ostatniego dnia świąt stanął Jezus i i zawołał: „Jeśli kto pragnie, niech przyjdzie do Mnie i pije” (Jan 7,37). Swoim uczniom powiedział On: „Krew Moja jest prawdziwym napojem” (Jan 6,55). A potem słyszymy ostrzegawcze słowa apostoła Pawła: „Nie możecie pić kielicha Pańskiego i kielicha demonów; nie możecie być uczestnikami stołu Pańskiego i stołu demonów” (I Kor.10,21). 

Dalej Paweł pyta: „Albo czy chcemy Pana pobudzać do gniewu? (I Kor.10,22). Paweł mówi tu o „społeczności z bałwanami” i o piciu z kielicha demonów. Któryż prawdziwie kochający Jezusa chrześcijanin nie odstawiłby natychmiast, nie rozbiłby kielicha, jaki pobudza do gniewu jego ukochanego Pana? 

Gdy dzisiaj popatrzę wstecz, wiem, że mój Ojciec w niebie musiał być bardzo zazdrosny z powodu czasu, który ukradłem Panu i hojnie oddałem do dyspozycji swym bożkom. Przez jak wiele wieczorów pobudzałem go do gniewu, gdy cierpliwie czekał na to, aby mieć ze mną społeczność, ale ja nie byłem posłuszny temu wewnętrznemu pobudzeniu; zamiast tego tkwiłem przed swym bożkiem i ofiarowywałem mu mój czas. Jak wielu jest innych mężów Bożych, którzy leniwie siedzą przed tym bożkiem i przyglądają się tej tandecie, stają się przy tym grubi i tłuści, ale duchowo coraz bardziej słabną. Tłumy ojców rodzin spędzają całą sobotę i niedzielę napychając się programami sportowymi i paluszkami, a zaniedbują żonę i dzieci jak też wszechmocnego Boga. 

Jeremiasz ostro upominał pasterzy, flirtujących z takimi bożkami: „Kapłani nie pytali: Gdzie jest Pan? Stróże prawa nie znali Mnie i pasterze odstąpili ode Mnie, prorocy prorokowali w imieniu Baala, chodzili za bogami, którzy nie mogą pomóc” (Jer.2,8). 

Pasterze nie skarżyli się z powodu niedostatku i niesprawiedliwości w domu Bożym. Nie byli spragnieni powrotu chwały Bożej lub przywrócenia świętości. Żaden z nich nie zapytał: „Gdzie jest Bóg? Gdzie są dowody Jego obecności, Jego mocy i działania?” Pasterze grzeszyli tak samo przed swymi bożkami jak lud izraelski. Mówili, nie mając poselstwa od Pana, a w swoich sercach odpadali od Niego. Ich wołanie nie brzmiało: „Tak mówi Pan!”. Były to martwe słowa, wychodzące z pustych naczyń. Mężowie Boży, którzy tkwią jak wrośnięci przed telewizorem, są w końcu doszczętnie wysuszeni i próżni, a ich życie modlitewne — prawie żadne. Następstwem jest duchowa śmierć — tak na kazalnicy jak również w którejś z ławek kościelnych. 

Jeremiasz skarżył się: „Mój lud zamienił swoją chwałę na kogoś, kto nie może pomóc” (Jer.2,11). Swoje namaszczenie zamienili na bałwana. „A jednak mówisz: Jestem niewinna, przecież Jego gniew odwrócił się ode mnie. Oto Ja spierać się będę z tobą, bo mówisz: Nie zgrzeszyłam”. (Jer.2,35). 

Niektórzy kaznodzieje mogą godzinami oglądać obrazy z piekła, a potem mówią do Boga: „Jestem niewinny. Nie zgrzeszyłem”. Znam to dokładnie, ponieważ przez długie lata mówiłem do siebie samego i do Boga: „To przecież nie grzech… Nie ma w tym nic złego… Bóg na pewno nie gniewa się… tylko troszkę odprężenia… po prostu raz zobaczyć i usłyszeć coś innego”. Kto godzinami może oglądać imprezy sportowe — dla wielu jeszcze jeden bożek — i kraść Bogu cenny czas, ten musi liczyć się z nieodwołalną utratą szansy i chwały. Nie dziw, że wiele naszych zborów, patrząc duchowo, jest całkiem martwych, jak oskubane kury. 

Jesteśmy jak synowie izraelscy tak samo uparci i zdeterminowani oddać się grzechom pogan. Jeremiasz pisał: „Oto ja kładę przed tym ludem przeszkody, o które się potkną. Zginą ojcowie razem z synami…” (Jer.6,21). Szatan potrafi nas przekonać, że telewizja, to tylko spędzenie czasu, a nie żadna ohyda. 

Największym przekleństwem tego bożka jest fakt, że tracimy przez niego poczucie powrotu Chrystusa i i zbliżającego się sądu. Śmiejemy się tak dużo i tak głośno, że nie możemy się już poważnie zająć myślą o powtórnym przyjściu Chrystusa. Śmiejemy się, podczas gdy powinniśmy leżeć przed Bogiem ze złamanym sercem i uniżonym duchem. Śmiejemy się tak długo, aż przestajemy myśleć o nadchodzącym sądzie. 

Dzisiaj prawie już nie można wprawić jakiejś grupy wierzących w radosne podniecenie wskazując im na mające wkrótce nadejść przyjście Mesjasza. Nawet ostrzegawcze słowo o sądzie ostatecznym kwitowane jest wzruszeniem ramion lub zakłopotanym chrząknięciem. Daliśmy się uśpić przez wiele obrazów trwogi, przemocy, rozruchów i katastrof, które pokazuje się nam codziennie w telewizji. Koniec świata, sąd Boży nad grzeszną ludzkością — cóż to innego, jak nie dalszy ciąg horroru. Nic nie wydaje się być bardziej realnym; telewizji udało się zrobić z życia jedną fantastyczną taśmę filmową. 

Bóg potrzebuje kilku śmiałych proroków, aby przywołać nas do rzeczywistości. Życie nie jest tylko serialem telewizyjnym. Nadchodzący sąd nad naszym narodem jest nagą rzeczywistością. 

Fragment pochodzi z książki Davida Wilkersona
„Nadszedł dzień Pana”
Set the Trumpet to thy Mouth 1985

Opublikuj komentarz